Syria i Jordania - 2001r.

 

Te dwa państwa arabskie, które jako pierwsze odwiedziłam, bardzo się różniły. W 2001roku  napisałabym tak: Jordania to państwo zupełnie europejskie, otwarte na turystów, łatwo je zwiedzać, pokojowo nastawione do Izraela, rządzone przez światłego, ubóstwianego króla posiadającego wspaniałą, wykształconą małżonkę.

Syria to klasyczny przykład państwa policyjnego. Wszechobecność kontroli policji i absurdalna weryfikacja turysty: w hotelach, autobusach dalekobieżnych i pociągu – rozumiem, ale po co wypełniać dziwne tabelki, bardzo często po arabsku, w komunikacji miejskiej. Wymagane: nazwisko (podróżowałam jako Grażyna – brali to za moje nazwisko, pierwsze wymienione w paszporcie), nr paszportu, nie uwierzycie – jeszcze imię matki i ojca, adres i wszystkie inne dane, aby przejechać parę minut po ulicach miasta. Kierowca czasem nie umiał tego napisać! Ale jednocześnie reżim powodował, że wszyscy byli otwarci na kontakt z turystami. Niektórzy co prawda robili to, aby złapać szansę opuszczenia ojczyzny, w związku z tym w żadnym innym kraju nie oświadczyło mi się tylu panów, też i chłopaków (z racji wieku mogących być moimi synami); niektórzy nawet stawiali sprawę jasno: jestem stolarzem, zarobię na siebie - będę w Polsce robił meble!

Jednak większość ludzi bezinteresownie chciała poznać turystę, pokazać zdjęcia swoich najbliższych, szczerze wzruszające to były rozmowy – czasami po angielsku, czasami tylko na migi, ale porozumienie było zawsze.

...

Niesamowite, ale już po paru dniach zorientowałam się, że można gościć w domach zupełnie obcych, przypadkowo poznanych ludzi, przyjmowali mnie z iście słowiańską gościnnością: czym chata bogata, spotkałam więc takich podróżników, którzy nigdy nie mieszkali w hotelu, tylko u ludzi. W miejscowości Hama, drugiego dnia pobytu właściciel hotelu konspiracyjnie podał mi informację w języku angielskim „one crazy polish man are here” (pewien zwariowany facet z Polski jest tutaj). To był sympatyczny rudzielec, jak się później okazało, student uniwersytetu, rodem z podwarszawskiej Zielonki, który od dwóch miesięcy podróżował, mieszkając w Syrii prywatnie, a teraz musiał przyjść do hotelu, bo przyjechała inna rodzina i w domu zabrakło dla niego miejsca. Na mój widok tak się zdumiał, że używając języka angielskiego zapytał czy rzeczywiście jestem Polką. Ja na to odpowiedziałam płynnie, że tak… od urodzenia! Hotel w Hamie był luksusowy, z kafelkami, czyściutki; w przewodniku poinformowano, że pokój jednoosobowy za dobę będzie w cenie trzech dolarów. W recepcji usłyszałam, że cena wynosi pięć dolarów i chociaż to śmieszne, ale mnie rozzłościło. Na usprawiedliwienie recepcjonista powiedział, że w pokoju jest telewizor, grzejniki i lodówka z napojami. Odpowiedziałam, że napoje z lodówki są mi niepotrzebne, grzejnik tym bardziej, bo na zewnątrz temperatura powietrza plus 30 stopni, a telewizor nadaje program tylko w języku arabskim i poprosiłam o jego wyniesienie. Na to recepcjonista spuścił cenę do trzech dolarów, a na moje pytanie, kiedy wyniosą lodówkę i telewizor powiedział, że nie wyniosą i wszystko jest ok. Tak się prowadzi arabski biznes. 

.....

 

Aleppo pozostaje w mojej pamięci jako miasto z ulicami przypominającymi labirynt olbrzymiego bazaru, zwanego po arabsku suk. Koniecznie kupcie tam słynne mydło wyrabiane od wielu lat i produkowane z oliwy i liści laurowych. Z labiryntu wybawił mnie profesjonalny przewodnik, który zaczepił mnie na ulicy, jak z nosem w mapie usiłowałam wybrnąć z gąszczu straganów. Pochwalił się, że jego nazwisko widnieje w przewodniku Lonely Planet, ale mnie oprowadzi za darmo. Zwiedzałam również to miasto w święto Id-Al-Adha, czyli święto zabijania baranów, które szły przysłowiowo na rzeź, a krew tryskała na oczach ludzi. Wnętrzności zwierząt walały się wszędzie wokół – koty miały wielką ucztę. Resztki mięsa, zgodnie z tradycją, pozostawiono dla ubogich. Jeszcze następnego dnia smród, przepraszam, w tym upale, był nie do zniesienia.

 

...

 

Z moim wiekiem też było śmiesznie, bo słysząc, ile mam lat, czyli wtedy 50, Syryjczycy nie mogli wierzyć, bo „w tym wieku kobiety już nie żyją!”; a jeżeli już, to są przygarbione, pomarszczone i ledwo chodzą. No tak, życie żony Araba jest trudne…

Mniej znane miejsca w Syrii to Maalula i Sednaja. 

...

 

Mało kto przekracza granicę jordańsko - syryjską zabytkową ciuchcią relacji Amman – Damaszek, która jedzie tyle czasu, ile… jedzie. Na trasie handlujący uprzątają stragany z owocami i innymi produktami tak, aby pociąg tuż, tuż na milimetry obok nich mógł przejechać. Ludzie machali przyjaźnie do pasażerów. W pociągu nie było turystów, sami miejscowi, bo bilet kosztuje grosze, ale jechałam długo, trzeba było poświęcić dzień na podróż, lecz co za przeżycia!  Szczególnie, że staliśmy na granicy jordańsko - syryjskiej parę godzin z racji konfliktu Arabii Saudyjskiej z Anglią, a w pociągu była moja towarzyszka – obywatelka Wielkiej Brytanii. Wszyscy miejscowi pasażerowie wychodzili na zewnątrz – my nie. W pociągu żar z nieba uniemożliwiał oddychanie. Pasażerowie z sympatii kupili nam wodę do picia.

Jordanię oczywiście wszyscy kojarzą ze słynną Petrą – umarłym miastem Nabatejczyków sprzed 2000 lat, czy też z Jerash - miastem rzymskim, istniejącym już 2500 lat temu. To jednak standardowy program wycieczek.

...

 Jako podsumowanie mojego wyjazdu do Syrii i Jordanii powiem, że po powrocie moja znajoma, która słynie z niechęci ruszania się gdziekolwiek, słuchając moich wrażeń, jak opowiadałam rozentuzjazmowana, skwitowała: „tak wyglądałaś, tak opowiadałaś, że jak byś mi zaproponowała teraz wyjazd, natychmiast z tobą bym tam poleciała”.

Niech te słowa świadczą o tym, jak fantastycznie wspominałam tamte pierwsze moje samotne wakacje.

„Szukran”, tzn. dziękuję, wszystkim poznanym ludziom, którzy stanęli na mojej drodze w Syrii i Jordanii.

 

 

Tak się zaczęło moje samotne podróżowanie.