Nowa Zelandia -2018 r.

Poniżej załączyłam wybrane zdjęcia z podróży oraz filmiki, a na końcu moje wspomnienia. Zapraszam.

Rotorua, gejzery, błota...

Tonageriro- wulkany

Franz Josef: lodowce

Queenstown i fiordy

Nelson i Punakaiki

Wellington - stolica i Christchurch "stolica południa"

Auckland - największe miasto

Paihia, Russell i Waitangi.

Po drodze i w drodze, też Dubaj...

Kia ora  z Nowej Zelandii.

Kiedyś  zapragnęłam, aby polecieć dalej niż Papua, a może odwiedzić Nową Zelandię? Nowa Zelandia jest najodleglejszym od Polski państwem.  W linii prostej to ok. 17 600 km! Ale przecież tam “nic nie ma”, mnie ciągnie do egzotyki, a to – “Europa”! No  ale poleciałam.

Teraz, po powrocie, mogę powiedzieć, że jest tam pełna cywilizacja (nie przepadam), piękna, różnorodna przyroda i bardzo ciekawa kultura maoryska.

Europejskim odkrywcą wysp (XVII w.) był holenderski podróżnik o nazwisku  Tasman (z morzem Tasmana jeszcze się spotkamy w opowieści,  jego bezkres widać na wschodnim wybrzeżu). Tasmanowi kraj zawdzięcza swą współczesną nazwę. Odkryty ląd został  nazwany Nova Zeelandia, na pamiątkę Zeelandii, jednej z holenderskich prowincji. Drugim odkrywcą  (ok. 150 lat później), który tu przybył był, James Cook.  Nowa Zelandia to wiele wysp, z których dwie (największe) to jedna - Północna (bogata północ, gdzie skupiają się ośrodki przemysłu i  wyższe urzędy) i druga - Południowa (prowincjonalne południe – rolnictwo i …turystyka, tutaj nakręcono hit kinowy „Władcę Pierścieni”, a  w połowie XIX w.  pojawiła się groźba, że Wyspa Południowa odłączy się od państwa, gdyż odkryto na niej bogate złoża złota); obie wyspy są warte odwiedzenia.  W języku Maorysów Nowa Zelandia  to Aotearoa, czyli Kraj Długiego, Białego Obłoku. Ładnie i chyba prawdziwie.

...

Do ok. XIII wieku Nowa Zelandia była bezludna, aż z wysp Oceanii zaczęli przypływać i osiedlać się Maorysi.  I właśnie w rejonie Rotorua, od którego zaczęłam zwiedzanie kraju, zobaczyłam elementy kultury maoryskiej; ponad 1/3  mieszkańców Rotorua to Maorysi, czyli rdzenna ludność Nowej Zelandii; tym samym miasteczko to stało się swoistą stolicą maoryskiej kultury. Warto wiedzieć, że Nową Zelandię zamieszkuje tylko ok.4,5 mln ludzi przy czym nieco ponad 1 mln mieszka w Auckland. Za to owiec jest przeszło 10 razy więcej i głównie pasą się na Wyspie Południowej, na północy przeważają krówki.

Rotorua to bardzo turystyczne miejsce, ale nie bez powodów. Miasteczko jest  sławne ze względu na liczne gorące źródła. Zawdzięcza swoją nazwę jezioru, nad którym leży. W języku Maorysów oznacza „drugie jezioro” (bo zostało odkryte jako drugie w kolejności). Samo miasteczko jest urocze i „dymi”.
 

...

 

 

Nowa Zelandia jest droga.

...

Są też w parku bulgocące błota i jest też dom kiwi, ptaka będącego symbolem Nowej Zelandii. Kiwi to niewielkie ptaki nieloty; prowadzą nocny tryb życia, dlatego wchodzi się do korytarza w ciemnościach, aby podejrzeć te dziwne ptaki. Składają jedno do dwóch jaj, które przez ok. 80 dni wysiaduje samiec, on też opiekuje się młodymi. Ciekawostką jest, że jajo składane przez kiwi waży ok. 25% wagi ciała tego ptaka! Są zagrożone, wybierając się na spacer po lesie już na początku ścieżki widzi się napisy ostrzegające przed wchodzeniem do lasu z psami, które polują na kiwi i stanowią dla nich zagrożenie. Ale kiwi mają jeszcze jednego wroga, a jest nim torbacz - opos przywieziony kiedyś do Nowej Zelandii. Oposów jest całe mnóstwo, teraz ich się tępi; praktycznie na jezdniach często mija się  rozjechany krwawy  kłębek oposowego futra.  Ten szkodnik (ale futerko ma niezłe) zjada  jaja kiwi. Ciekawostka: rdzenni Nowozelandczycy określają siebie właśnie mianem „kiwi” (od ptaka). A owoce kiwi często nazywane są agrestem chińskim. Chociaż powszechnie uprawiane tu są  jako rośliny pnące, nie są roślinami rodzimymi, zostały  sprowadzone z Chin.

 

...

 

Każdy spektakl zaczyna się od tańca powitalnego (dość agresywnego) i przejęcia przez przedstawiciela turystów rzuconej przez Maorysa zielonej gałązki pokoju. Zawsze publiczność reaguje uśmiechem na powitanie  – hongi; to maoryskie "dzień dobry": dotknięcie się czołem i nosem, obowiązkowo z zamkniętymi oczyma (ufamy naszym przybyłym, zaproszonym gościom w ciemno).
...

 


Punktem obowiązkowym pobytu w Rotorua jest też odwiedzenie (79 $NZ w tym wstęp za 39,50 $NZ i dojazd) Wai-O-Tapu: pięknego miejsca -  aktywnego geotermicznie obszaru, który obfituje w gejzery i źródła termalne. Wai-O-Tapu oznacza w języku Maorysów "Święte Wody" i rzeczywiście jest coś bajecznego w tych kolorowych jeziorach.

...

No i hit turystyczny: Lady Knox, czyli "gejzer mydlany", który znajduje się poza terenem parku. Woda tryska z niego zawsze o 10:15, ale nie samorzutnie, tylko za pomocą właśnie mydła.  

 

...

 

 

Nelson, takie nieduże, ale jako jedno z niewielu miast w Nowej Zelandii może poszczycić się własną flagą! Jest tu  imponująca katedra anglikańska, teatr królewski i śliczne uliczki z kafejkami. Fascynuje ogród Queen Garden. Fajne miejsce na bus stop i jeden nocleg. Następnego dnia wysiadłyśmy na wybrzeżu wschodnim, czyli  od strony morza Tasmana, w Punakaiki - malutkiej  miejscowości słynnej ze skał naleśnikowych (Pancake Rocks). W minimiasteczku przy przystanku autobusowym jest sklep (głównie z pamiątkami) i bar.

...

Nową Zelandię odwiedza się też ze względu na lodowce. W tym celu pojechałam do małej miejscowości wypadowej Franz Josef. O uroku tego miejsca decyduje  położenie wśród lasów i gór oraz  bliskość lodowca nazwanego Franz Josef. Lodowce można oglądać też z góry  lub wybrać się na niezbyt męczący, choć długi  z miasteczka, bo razem ok. 5 -  godzinny spacer pod najbliższy lodowiec Franz Josef. Najpierw do parkingu (4 km), potem przez las deszczowy (2 km) i ścieżką pod lodowiec. Lodowiec ten ciągnie się przez 12 km, kończy się zaledwie 19 km od wybrzeży Morza Tasmana.  Wypływa z niego rzeka o oficjalnej nazwie Waiho, a tak naprawdę nazywa się po maorysku Waiau, lecz  przy nadawaniu nazwy popełniono błąd fonetyczny i tak zostało. Pod lodowiec można dojść jedynie do punktu obserwacyjnego, idąc  ok. 45 minut doliną polodowcową. Dookoła wysokie ściany, skalne rumowiska, którymi płynie woda, często tworząc wodospady. 

...

Queenstown – tu teraz jesteśmy – ma charakter  kurortu  odwiedzanego przez Nowozelandczyków  i oczywiście turystów, bo  stanowi bazę wypadową dla wycieczek do fiordów Milford Sound.

...

 

 

Po drodze kierowca opowiadał o krzewie “flax” - coś w rodzaju lnu, z którego miejscowi robią koszyki (tak jak z sizalu w Meksyku). Spotkaliśmy też na trasie cwaną papugę Kea, która zabawnie dziobała (chcąc otworzyć) plecaki, a nawet wskoczyła na samochód. Kea są endemitami i jedynymi papugami na świecie żyjącymi w  górskich rejonach.  Są bardzo towarzyskie i niesamowicie sprytne, często, wręcz bezczelne. Niestety jest to gatunek zagrożony.
 A teraz będzie o drzewie manuka. To nowozelandzkie herbaciane drzewo (krzew) zaistniało, ponieważ kapitan Cook użył liści do przygotowania "herbacianego" naparu;  nadaje również smaku przy wędzeniu mięsa i ryb, ale przede wszystkim  krzew  jest uprawiany  dla produkcji pewnego gatunku miodu powstałego  z nektaru manuka. Miodów jest całe mnóstwo, bo, jak się dowiedziałam, mają różne  stężenie „naturalnego Methylglyoxalu czyli MGO” (są certyfikaty); powiedzmy prosto, zdrowodajnego energetyzującego związku, stąd wielka popularność miodów i wysokie ceny. Jest też sporo kosmetyków produkowanych  z manuka. Ale ceny na Nowej Zelandii nie są przyjazne…

...

Ciekawostką jest, że w Christchurch istnieje   tramwaj jako atrakcja turystyczna. Tramwaje zostały pierwotnie wprowadzone w 1905 r. jako forma transportu publicznego i przestały działać w 1954 r., ale powróciły do ​​centrum miasta (już jako atrakcja turystyczna) w 1995 r. Jednak po trzęsieniu ziemi w lutym 2011 r. system został uszkodzony i tramwaj został ponownie otwarty dopiero w listopadzie 2013 r. Ja tylko widziałam tory tramwajowe i zdjęcia wagonu.

 

...

 

W Nowej Zelandii to miejsce wyjątkowo turystyczne – najstarszy park narodowy (1887 r.!) z wulkanami. W 1990 r. został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W jego granicach znajdują się trzy aktywne wulkany Ruapehu, Ngauruhoe i Tongariro. Oprócz nich są również inne wygasłe wulkany. Okolice te posłużyły jako plenery w filmie „Władca Pierścieni”. Zacznę nietypowo od stacji kolejowej, na której stają od czasu do czasu turystyczne pociągi o nazwie Kiwi Rail. Budynek stacji jest “zabytkowy” i mieści się w nim  restauracja, której menadżerem jest Polka - Joanna. 

...

Usatysfakcjonowana wracałam do Auckland. Zarezerwowany hostel, a w zasadzie apartament, był nie do zaaprobowania:  daleko, brudno i na recepcji nikogo nie było, a poza tym dostałyśmy tylko jeden klucz (kartę). W związku z tym po dwóch nocach zmieniłyśmy lokum na rewelacyjny w środku miasta hostel Choise Backpackers.

Te pierwsze dwa dni poświęciłyśmy na rekonesans miasta, aby potem wyjechać na dwa dni dalej na północ do Paihia-Russell. Zacznę więc od naszej wycieczki do Paihia znajdującej się w odległości ok. 3,5 godziny jazdy autobusem z Auckland. Paihia jest położona nad niewielką zatoczką na wschodnim wybrzeżu Wyspy Północnej. Statki i promy kursują po Bay of Islands w różnych kierunkach.

Świeciło słońce, plaża zachęcała do odpoczynku, było cudnie. A samo miasteczko okazało się turystycznym centrum wypoczynku: hotele, restauracje, sklepy, port. Nasz hostel Pickled Parrot z ogródkiem i kuchnią (śniadanie w cenie) był urokliwy, podobał mi się. 

W Paihia  wybrałam się na kilka pieszych wycieczek: po plaży, a najładniejsza to Opua Bush Walk ścieżką po lesie, ale też na wzgórze widokowe Kings Road oraz do sąsiedniej miejscowości  Waitangi. To ważne historycznie miejsce.   6 lutego 1840 r. zostało tutaj  podpisane porozumienie, pomiędzy 500 przywódcami maoryskich plemion a reprezentacją korony brytyjskiej, zwane  Traktatem Waitangi. Miał on zagwarantować każdemu plemieniu prawa do posiadania i eksploatowania zamieszkiwanych przez nich terenów. Ale tak naprawdę w traktacie tym Maorysi właściwie podporządkowali się brytyjskiej królowej. Pierwszym gubernatorem Nowej Zelandii został  William Hobson, współautor traktatu.  Jest patronem wielu ulic (w Auckland to w centrum - jest tam terminal autobusowy). Historycy oceniają traktat za dokument tworzący oficjalnie Nową Zelandię. Na pamiątkę tamtego wydarzenia co roku 6 lutego obchodzi się święto narodowe „Waitangi Day”.

Od 1856 r. Nowa Zelandia posiadała własny rząd, w ramach brytyjskiej kolonii. W 1907 r. uzyskała status dominium, a w 1947 r. stała się w pełni niepodległym państwem. Tutaj też powstała już w 1834 r. pierwsza flaga. Najpierw chciałam ją Wam opisać, ale zrezygnowałam. Krótko:  była inna. Tę flagę używa się podczas uroczystości Waitangi Day. Wisi też na maszcie  obok flagi brytyjskiej na terenie parku z muzeum.

...

 

W pobliżu (10 minut stateczkiem) znajduje się miasto Russell (maoryska nazwa Kororareka) – najstarsza europejska osada w Nowej Zelandii. Odkryta w XVIII w. przez Jamesa Cooka Zatoka  była na początku  ważnym ośrodkiem rybackim i miejscem handlu Maorysów z Europejczykami. Handel spowodował szybki rozwój miasteczka, ale zdobyło sobie ono złą sławę jako ośrodek bezprawia i prostytucji, chociaż „Kororareka” znaczy dosłownie „Jak słodki jest pingwin”. Popłynęłyśmy do Russell. Miasteczko  okazało się bardzo ładne,  pełne kawiarenek, sklepików z pamiątkami i  hoteli. Wieczorem – ładnie oświetlone. Chodziłam uliczkami z zabytkowymi budynkami, obejrzałam z  zewnątrz muzeum i odwiedziłam najstarszy kościół w Nowej Zelandii, gdzie widnieje zdjęcie i życiorys lidera Maorysów z Waitangi.  Lider (nazywał się Tamati Waka Wene)  pochowany jest  na cmentarzu przy kościółku.

Wróciłyśmy do Auckland na ostatnie dwa dni przed odlotem, a w sumie byłyśmy tam cztery dni.

...

Przewodniki reklamują dzielnicę Parnell, więc tam poszłyśmy. To podobno najdroższa dzielnica, ale można, idąc główną ulicą, podziwiać kolonialne budynki (niska zabudowa z początku XX w.), liczne restauracje i sklepy. Jest też stary malutki kościółek katolicki pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela. Ale w dzielnicy są jeszcze dwa ważne kościoły anglikańskie: Knox Church (nosi imię szkockiego przedstawiciela kościoła prezbiteriańskiego,  pani Elizabeth Knox  położyła kamień węgielny pod początkową salę w Szkółce Niedzielnej). Budowę rozpoczęto w  1899 r., wykonany jest z drzewa kauri; w pięknym wnętrzu  posiada organy z 1909 r. odrestaurowane w  zeszłym roku.  Jest pod wezwaniem św. Marii. Takie kościoły lubię. W 1982 r. kościół został przeniesiony na obręb Katedry Świętej Trójcy, co było wielkim osiągnięciem inżynieryjnym, kiedy kościół został przetransportowany przez ulicę i obrócony o 90° na obecne miejsce; prawie przylega do ceglanej współczesnej (początek 1973 r.) w gotyckim stylu katedry Trójcy Świętej z bardzo przestrzennym wnętrzem i kolorowymi witrażami.  

...

 

Zdaję sobie sprawę, że  w mieście jest dużo więcej ciekawych miejsc, ale na dokładne zwiedzanie trzeba czasu i pieniędzy.

Tak naprawdę  to zaczęłyśmy poznawanie miasta z góry – od wjechania na  Sky Tower o wysokości 328 m. Wieża została otwarta w 1997 r. i jest najwyższą budowlą Nowej Zelandii.  Wieża Eiffla w Paryżu ma 4 m mniej,  a najwyższy budynek świata  w Dubaju   - Burj Khalifa  wspina się na aż 828 m! Sky Tower w Auckland i tak mi zaimponowała. Za 23 $ NZ jako emerytki patrzyłyśmy z góry na miasto. Najwyższym poziomem, na który się wjeżdża, jest 220 m. Pełna obawy wchodziłam na podłogę z grubego szkła. Patrzyłam na lokalnych grubasów (w Nowej Zelandii jest ich całe mnóstwo: kobiet  i mężczyzn), a oni wchodzili na szybę i robili zdjęcia! Zdjęcia opisywały co jest aktualnie widoczne. Słońce i przezroczystość powietrza sprzyjała. Wulkany urozmaicały krajobraz. Podziwiałam ekipę akurat myjącą na zewnątrz szyby,  oni musieli  chyba też się odpowiednio  tego nauczyć. Tylko im za to płacą. A za duże pieniądze  każdy może skoczyć sobie  na bungy z wysokości 192 m i jest wielu chętnych!

Obowiązkowo trzeba poświęcić trochę czasu (byłam 2,5 godziny i wywabiły mnie syreny oznajmujące zamknięcie) na Muzeum Wojny - to placówka założona w celu upamiętnienia mieszkańców miasta, którzy zginęli podczas wojny. War Memorial Museum wybudowano na jednym z najstarszych wzniesień wulkanicznych - w dużym parku Auckland Domain. Warto pospacerować po nim i podziwiać przyrodę. To najstarszy park w mieście.Tuż przy wejściu do muzeum ustawiono symboliczny grobowiec dla upamiętnienia poległych w wojnie. Ale nie konflikty zbrojne dla mnie były jego główną atrakcją: muzeum posiada wspaniałą kolekcję maoryskich skarbów (łodzie, domy spotkań, stroje oraz wyroby rzemieślnicze)i; ciekawie przedstawiono kulturę i historię Nowej Zelandii. Z sentymentem patrzyłam na eksponaty ludów Oceanii i wiele z nich przypominało mi Papuę Nową Gwineę, arcydzieła  masek, narzędzi, strojów z Sepiku i nie tylko! Powiązanie kultur ludów Pacyfiku jest tam widoczne.

Pierwsze piętro muzeum poświęcone jest przyrodzie i odkryciom. Tutaj jest wszystko o wulkanach, ptakach kiwi i moa, a dodatkowo sztuka Azji, np. kolekcja porcelany japońskiej.

...

O ile w pierwszych dniach było słonecznie, to przedostatniego dnia  padało. Musiałyśmy zmienić plany i postanowiłyśmy odwiedzić inne muzeum: muzeum-akwarium czyli Sea Life Aquarium, założone przez Kelly Tarlton (nowozelandzki archeolog morski i nurek). Ciekawostka: zbudowano je w nieużywanych zbiornikach ściekowych. Dojazd z centrum darmowy “shark shuttle bus”, czyli  autobusikiem w kształcie pyska rekina. W tym niesamowitym akwarium rekiny i płaszczki pływają wokół ciebie w przezroczystych tunelach. Podziwiałam cały świat morski: piranie, ośmiornice, koniki morskie, meduzy, węgorze, mureny, raki, ukwiały… Co jest zwierzęciem, a co rośliną? Informacja: najniższą na świecie temperaturę wynoszącą minus 89,2 stopni C odntowano na Antarktydzie 21 lutego 1983 r. Atrakcyjnie  jedzie się na taśmie w tunelu; wokoło ryby i rekiny, które również pływają  nad zwiedzającymi za szkłem. No i te słodkie nieduże pingwinki. Akwarium ma kolonię m.in. pingwinów królewskich. Wielkość ok. 90 cm, upierzenie na szyi i barkach szare, na grzbiecie ciemnoszare, prawie czarne. Policzki i gardło pomarańczowe, brzuch biały, boki dzioba różowe, pozostałe części czarne, w tym łapki. Widziałam  pisklaka -  był brązowy. Oprócz królewskich były mniejsze pingwiny - gentoo, czyli  białobrewe (wierzch ciała, głowa, szyja i wierzch skrzydeł czarne, reszta ciała biała, dziób i nogi różowe. Żółtego koloru brak. A nad okiem charakterystyczna biała plama "biała brew"). Nie można (bardzo trudno) rozróżnić płci, więc poznaje się po opaskach na skrzydełkach. Pingwiny śmiesznie stoją “wietrząc pachy” z uniesionymi “łapkami”.  O 11:30 jest karmienie pingwinów rybkami i opowieści, tylko trzeba to zrozumieć. Jaka radocha dla dzieci. Dla mnie też. W muzeum wojny na I piętrze też można oglądać  pingwiny.

Stwór  pokazany za szybą i opisany jako “giant squid” to kałamarnica olbrzymia (kalmarzec). Okropne!  O stworzeniach tych wiadomo bardzo niewiele, gdyż niemal cała dostępna wiedza pochodzi z badań martwych okazów wyrzuconych na brzeg lub szczątków znajdowanych w żołądkach kaszalotów.  To, co oglądałam, to jeden z dwóch największych mięczaków na świecie. Miał dziesięć ramion (w tym dwa dłuższe z haczykowatymi przyssawkami),  największy znany okaz, znaleziony w 1887 r. przy brzegach Nowej Zelandii, miał średnicę oczu dochodzącą do 37 cm, a długość ciała - do 18 m (z czego ok. 11 m przypadało na macki). Ważył 250 kg i miał 12 miesięcy.  Wszystko wiem ze szczegółowego opisu.

...

 

 

15 minut rejsu i już jesteśmy w Devonport. Trzeba wejść na górę (stożek wulkaniczny, dawna maoryska osada obronna, później baza militarna z bunkrami) Wiktorii, aby zobaczyć oddalone Auckland. Po drodze parę uroczych budynków wiktoriańskich: elegancki hotel Esplanade z lat 90. XIX w.,  biblioteka publiczna, dawny urząd pocztowy -  w stylu Art Deco z lat 30. XX w. i  inne,  oraz prywatne domy  z “atrakcjami”. Zaszłyśmy do anglikańskiego kościoła Świętej Trójcy z 1855 r. (oryginalny krzyż z elementami maoryskimi). Doszłyśmy do muzeum marynarki wojennej na nadbrzeżu.

Wybrałam się na popołudniowy i wieczorny spacer po Viaduct Harbour, dawniej znany jako Viaduct Basin - dawny port handlowy na nabrzeżu, który został przekształcony w ekskluzywne apartamenty, biurowce i restauracje.  Zaczęłam od zabytkowego budynku Ferry (przystań plus restauracje itp). Stąd wypływa się na okoliczne wyspy (np. do Devenport czy Ranginoto). Dalej, idąc wzdłuż wybrzeża, przechodzi się przez podnoszony  w środku most. Z daleka ładnie wyglądał ośmiopasmowy most The Auckland Harbour Bridge, z którego też można skoczyć na bungi. Auckland to miasto  amatorów adrenaliny. Wracałam oglądając oświetlone nocą miasto. Ulica Queen od strony nabrzeża lśniła neonami: Prada, Frontline, Terraci, The London Lolly Shop… Pachniało luksusem. Po drugiej stronie Wellesley - ulica Queen została opanowana przez azjatyckie restauracje. My mieszkałyśmy pośrodku.

Wieczorem przypadkowo natknęłam się na darmowe przyjęcie dla bezdomnych, których  na ulicach Auckland jest sporo. Na rogu ulic Wellesley i Queen ustawiono stoły z jedzeniem: sałatki, ryby, kluski z fasolą, słodycze, napoje, owoce (w tym dziwny owoc figliola: zielony, wielkości dużej śliwki, a w smaku podobny do figi). Trzeźwi, spokojni panowie  i parę pań (ja też)  korzystały z posiłku. Nawet jeden z panów ofiarował mi (podzielił się ze mną) banana.  Miłe panie obsługujące poinformowały mnie, że różni ludzie w różne dni (ci zawsze w pierwszą sobotę miesiąca,  w tym właśnie miejscu) częstują biednych przygotowanym przez siebie jedzeniem. I tak zdobyłam nowe doświadczenie.

Zupełnie niespodziewanie w drodze powrotnej, dzięki spóźnieniu się samolotu z Sydney do Dubaju, Linie Emirates  zafundowały mi jednodobowy pobyt w hotelu z pełnym wyżywieniem. Mogłam, więc, wybrać się na wycieczkę ”w Dubaj”. Jeden dzień wystarczy, aby zobaczyć wysokie budynki typu szkło i aluminium, szerokie autostrady, rozmach, luksusowe sklepy i sławną lagunę z plażą oraz najdroższym hotelem Atlantis (za pokój 13 000 $USA). Z zewnątrz zobaczyłam najwyższy budynek świata z 2010 r. - Burj Khalifa  (828 m). Trudno zrobić zdjęcie stojąc na ulicy, nawet daleko po drugiej stronie. Wieża, początkowo zwana Wieżą Dubaju, liczy w sumie  240 kondygnacji, a wysokość do dachu to 621 m. Wyżej jest tylko iglica. Wewnątrz są apartamenty, hotel Armani (cena za pokój 10 000 $USA), sale  rekreacyjno-sportowe z basenami i restauracje;  wszystko obsługuje 57 wind. Są też dwa tarasy widokowe, najwyższy na 148 piętrze (555 m nad ziemią). Jak to brzmi: być na tarasie w najwyższym budynku świata! Nie byłam. Ale byłam w niezłym hotelu Copthorne Airport. Na basenie obserwowałam ludzi: wiele Arabek  na leżakach ubranych było w hidżab: strój zakrywający włosy i ciało.  Dziewczynki kąpały się w “sukienkach z długimi spodniami” oraz  rękawami do przegubów dłoni. Obok w bikini inne turystki pokazywały swoje wdzięki. Był piątek i ogłoszenie  informowało, że zgodnie ze stosownym zarządzeniem  nie będzie można nabywać i pić alkoholu. A upał był nieznośny i zimne piwo, owszem, smakowałoby wspaniale. Nawiasem pisząc, Dubaj jest znacznie tańszym miejscem niż Nowa Zelandia. Porównywałam ceny w supermarkecie.

Lotnisko w Dubaju uchodzi za największe na świecie. To imponująca przestrzeń, pięknie udekorowana palmami, elementami arabskimi i z licznymi sklepami oraz restauracjami, potrzeba długiego czasu, aby dostać się w różne miejsca. Pieszo nawet godzinę plus autobusem  na zewnątrz  do innego terminala około 25 minut. Leciałam wielkim  Airbusem A380 – dwupoziomowym, mogącym pomieścić około 560 osób. Było elegancko: najpierw rozdawano kosmetyczki z zawartością  do mycia itp., potem menu, jedzonko, przed fotelami był ekran, a w repertuarze nowe filmy. Ja w samolocie mogę spać, szczególnie po czerwonym winie.

I tak wróciłam do Warszawy o jeden dzień później, zadowolona też z pobytu w Dubaju. 

Ale ja i tak wolę Afrykę z jej bazarami, kolorytem i muzyką!