KUBA 2016/2017

Zapraszam do obejrzenia kilkunastu zdjęć z mojej podróży.

Znajdziecie tu również filmy ilustrujące to co widziałam i słyszałam.

A całość uzupełni tekst wspomnieniowy.

HAWANA I OKOLICE ( REGLA, GUANABACOA, EL RINCON)

CIENFUEGOS

TRYNIDAD
SANTA CLARA
CAMAQUEY
BARACOA
SANTIAGO DE CUBA
VINIALES
REMEDIOS

Opowieść o “mojej” Kubie

¡Hola, drodzy czytelnicy.

...

 

Jak zwykle,  parę słów o tym egzotycznym kraju, abyście mogli zrozumieć, jak trzeba się przygotować i umieć się odnaleźć w nietypowej sytuacji, jaka panuje na Kubie. To ważne.

 

 

O przeszłości w wielkim skrócie…

Kuba to wyspiarskie  (to nie tylko wyspa o nazwie Kuba!) państwo  w Ameryce Środkowej, położone na Morzu Karaibskim, w archipelagu Wielkich Antyli. Prekolumbijskimi mieszkańcami wyspy byli głównie Karaibowie. Dla Europy odkrył ją w XV w.  Krzysztof Kolumb, a pamiątkę po tym odkryciu – drewniany krzyż, który podobno żeglarz wbił w ziemię - można oglądać w kościele w Baracoa. W XVI w. Kuba została opanowana przez Hiszpanię, stąd językiem, którym posługują się Kubańczycy, jest  hiszpański, podobno  o innym zabarwieniu niż w Hiszpanii. Język hiszpański jest dla mnie językiem obcym.

W okresie niewolnictwa sprowadzono na wyspę ponad million Afrykańczyków do pracy na plantacjach. Chodząc ulicami miast i miasteczek, zastanawiałam się, jak wygląda Kubańczyk: czy jest czarny i ma rysy rodem z Afryki, czy może hiszpańsko-podobne: to ogromna mozaika różnych twarzy.

Nas najbardziej jednak  interesuje historia, która zadecydowała o obecnym kształcie gospodarczo-politycznym tego państwa. W latach 1933-44 krajem rządził  prezydent Batista, stał się  dyktatorem w latach 50., a jego panowanie obaliła rewolucja, w której wyniku ostatecznie władzę w 1959 r. objęła zbrojna opozycja. Wtedy premierem Kuby został przywódca rewolucji Fidel Castro. Ciekawe (biorąc pod uwagę jego działalność), że ukończył katolicką szkołę podstawową w Santiago de Cuba, a następnie kolegium jezuickie, potem studiował prawo na Uniwersytecie w Hawanie, tam został liderem ruchu studenckiego przeciwko dyktaturze Batisty. Z balkonu obecnego ratusza w Santiago de Cuba Fidel ogłosił zwycięstwo rewolucji. W 1960 r. powołano Komitety Obrony Rewolucji (CDR) w każdym mieście. Rząd zapoczątkował nacjonalizację gospodarki, zwłaszcza własności zagranicznej (wielu możnych fabrykantów i nie tylko uciekło za granicę, w tym wielu do USA), i  realizację reformy rolnej. Calutką historię walki pod hasłem  “socjalizm albo śmierć” można obejrzeć w Muzeum Rewolucji w Hawanie, dodam: najdroższym, jeśli chodzi o cenę biletów, muzeum na Kubie! O tym -  później. W proteście przeciwko takim działaniom Fidela Castro rząd USA wprowadził w 1960 r. embargo handlowe, a rok później zerwał stosunki dyplomatyczne z Kubą. W poszukiwaniu pomocy Fidel nawiązał sojusz z ZSRR. Kiedy rozpadł się Związek Radziecki, Kuba została bez pomocy ekonomicznej i militarnej. Nastąpiły najcięższe lata dla państwa i dla Kubańczyków, którzy  zdesperowani uciekali na tratwach w kierunku Florydy (to “tylko” ok. 140 km), często ginąc z zimna i innych niebezpieczeństw (rekiny). W ostatnich latach nastąpiła odwilż i w 2015 r. otworzono po wielu latach Ambasadę Stanów Zjednoczonych w Hawanie.

Kuba jest klasyfikowana jako republika socjalistyczna, kierowniczą rolę w państwie sprawuje partia, obowiązuje system jednopartyjny. Przez blisko 50 lat Fidel był między innymi: prezydentem Republiki Kuby, przewodniczącym Rady Państwa, prezesem Rady Ministrów i sekretarzem Komunistycznej Partii Kuby (powstałej w 1965 r.), rządzącej i jedynej partii na Kubie.

W 2008 r. chory Fidel Castro, noszący tytuł komendanta, przekazał władzę swojemu młodszemu bratu Raulowi, który stanął na czele Rady Państwa, a w 2011 r. objął ster  partii. Fidel Castro zmarł na dwa tygodnie przed moją podróżą na Kubę  - 26 listopada 2016 r., a jego prochy zostały pochowane na historycznym cmentarzu w Santiago de Cuba - mieście rewolucji.

Trzeba też wyjaśnić, kim był Jose Marti. Nie ma miasta, miasteczka, gdzie nie byłoby placu czy ulicy, pomnika (pomników) żyjącego w XIX w. niekwestionowanego bohatera narodowego. Burzliwe losy zakończył w walce o niepodległość z hiszpańskimi kolonizatorami.

 

Wyspa, na której  zatrzymał się czas

Najpierw informacja: z lotniska w Hawanie najlepiej dojechać do centrum taksówką prywatną i trzeba zapłacić w tzw. CUC.

I tak zaczyna się opowieść o różnych nietypowych rzeczach, które warto wiedzieć, aby umieć się poruszać po Kubie.

Wymiana pieniędzy - waluty zachodniej na CUC (peso wymienialne) - jest możliwa na lotnisku. I tu uwaga: kursy walut na całej Kubie wszędzie są jednakowe. Obowiązują kursy dnia, ale  wymiana dolarów amerykańskich obciążana jest podatkiem 10%, więc nie warto przywozić na Kubę tej waluty. Aby posiąść peso narodowe, czyli CUP, turysta musi udać się do cadeca, czyli kantoru. Jest to istotne, bo ceny towarów są podawane w różnych walutach, w zależności od rodzaju np. sklepu.

Czas wyjaśnić tajemnicę walut. Jest pewna trudność - trzeba umieć się poruszać  z podwójną walutą obowiązującą w tym państwie: peso narodowe (CUP) i peso wymienialne (CUC). A różnica jest taka: 1 CUC = 24 dla cudzoziemca, czyli sprzedaż (lub 25 dla Kubańczyka, czyli kupno) CUP, czyli duża różnica.

Kartki, pamiętacie polskie towary na kartki z lat 80. XX w.? Na Kubie system kartkowy obowiązuje do dziś. „Kartki” w postaci książeczki przydzielane są na rok na daną rodzinę. W sklepach

...

 

o 1991 r. religia była na wyspie zakazana, a wyznawców szykanowano, bo rewolucja nigdy nie szła w parze z żadnym wyznaniem. Po wizycie papieży: Jana Pawła II, Benedykta XVI i Franciszka nastąpiła stopniowa odwilż w tej sprawie; bywałam na mszach świętych, zwiedzałam czynne kościoły, nie było tłumów, ale pustych kościołów też nie widziałam.

W tym miejscu należy poruszyć temat, jaki stanowią wierzenia afro-kubańskie o nazwie santeria, zwane też jako „Regla de Ocha”,czyli kult Orisza  (dosłownie: „Główny Strażnik"), i wierzenia narodów Joruba i Bantu, z pewnych krajów Afryki. Kult wiąże się z handlem niewolnikami, kiedy wielu członków narodu Joruba schwytano jako niewolników i przewieziono z Afryki m.in. na Kubę. Prześladowani przez swoich katolickich właścicieli za wyznawanie pogańskiej religii swoich przodków, znaleźli sposób jej zachowania, adaptując ją do religii chrześcijańskiej w wydaniu katolickim, utożsamiając swoje afrykańskie bóstwa z katolickimi świętymi. Stąd wzięła się sama nazwa „santeria”, obelżywa nazwa nadana wierze swoich niewolników przez utrzymującą niewolnictwo elitę Kuby. Główny bóg santerii jest nazywany Olorun (inaczej: Olofin, Olodumare), jest on Panem Świata, Przyczyną Początku, Twórcą Bytu, Królem Nieba i Ducha oraz pomniejszych strażników, czyli Orisza. Każdy z Orisza ma przyporządkowanego swego katolickiego świętego,  np. Babalz Ayi stał się świętym Łazarzem (patronem chorych), a Shangs  - świętą Barbarą (kontroluje grzmoty, błyskawice, ogień) itd.

...

 

A teraz będzie coś dla wielbicieli motoryzacji. Jeszcze do niedawna obowiązywał przepis, że Kubańczyk może kupić samochód, ale wyprodukowany nie później niż w 1959 r. Na kubańskich ulicach widać  cadillaki,  chevrolety czy stare fordy,  jaguary. Za CUC (nie wiem, za ile) można się turystycznie przejechać  imponującym kolorowym amerykańskim samochodem - wypucowanym i błyszczącym. Turyści  z zasobnymi kieszeniami mkną ulicami Hawany,  panie  z rozwianym włosem! Oryginalnych części w takim samochodzie, podobno, niewiele, właściciele na ogół sami je sobie reperują, ale za to najstarsze liczą sobie po 65-80 lat i nadal jeżdżą!  Potwierdzam, bo jechałam 70-letnim chevroletem taksówką z Remedios do Santa Clara.

 

...

Każdy miłośnik cygar wie, że najlepsze na świecie cygara produkuje się  na Kubie (Fidel palił cygara marki cohiba). Na Kubie są doskonałe warunki do uprawy wysokogatunkowego tytoniu. Ponadto cygara są robione ręcznie i nie zawierają żadnych chemicznych dodatków – jest to wyłącznie zwinięty liść tytoniu składający się z trzech elementów: wkładki-wsadu, zawijacza i osłony, są to wszystko liście tytoniu, ale o innych właściwościach. Gatunków cygar jest mnóstwo i potrafią kosztować bardzo dużo. Ale uwaga na podróby! Produkcja cygar ma bardzo starą tradycję. Opowiem o tym, jak dojedziemy do Vinales.

Kuba  to raj dla miłośników rumu. Najpopularniejszy to Havana Club. Chociaż jego produkcja zaczęła się w XIX w., to po rewolucji fabryka została znacjonalizowana. Rum ten Kubańczycy piją od rana do rana. Najtańszy, a więc najmłodszy (biały) - kosztuje 1,95 CUC  i jest powszechnie dostępny. Rum Bacardi nie jest sprzedawany na Kubie, bo właściciele fabryki uciekli na Bermudy. Można go kupić tylko poza granicami Kuby. Powszechne (głównie dla turystów) są koktajle alkoholowe na bazie rumu. Mnie nie smakowały, bo były za słodkie. Chyba najpopularniejszy wśród nich jest mojito (na bazie białego rumu z dodatkiem  liści mięty, cukru i limonki), Cuba Libre (cóż nam zostało: Wolna Kuba, powiedział ktoś dowcipnie!) – koktajl alkoholowy łączący rum, colę i  limonkę, czy  piña colada  (rum, śmietanka kokosowa i sok ananasowy); elegancko podawany z lodem i plastrem ananasa. Jest jeszcze napój miodowy (oczywiście z rumem i limonką), zwany canchachara.

Pijąc dowolnego drinka, przechodzimy do trasy podróży.

Habana, czyli Hawana – stolica i okolice

Już w XV w. miasto zostało założone przez hiszpańskiego konkwistadora, początkowo było tylko portem handlowym,  w 1607 r. zostało stolicą hiszpańskiej kolonii: Kuby. Jest co  zwiedzać.

...

 

Stąd już krok w kierunku starówki (Habana Vieja). Najpopularniejszą ulicą jest Obisco. Warto zajrzeć do Informacji Turystycznej, która tutaj się mieści, aby zasięgnąć języka i pobrać ulotki. Vis–a- vis jest słynna restauracja El Floridita, gdzie obowiązkowo zrobiłam zdjęcie z bywającym tu  i sączącym daiquiri, czyli napój alkoholowy na bazie białego rumu, cukru i soku z limonki – Hemingwayem (są statuetki pisarza i liczne zdjęcia).

 

...

 

Na placu  de Armas jest też historyczna (w tym miejscu założono port Hawana) kaplica dorycka  - obecnie muzeum El Templete, w środku - popiersie Kolumba - odkrywcy wyspy. Obok stoi uschłe drzewo ceiba (po polsku: puchowiec pięciopręcikowy).Pod drzewem odprawiono pierwszą mszę św. Pierwotne drzewo spłonęło, potem parę razy sadzono nowe, za każdym razem przypisując mu magiczne właściwości. Dlatego w historycznym dniu 16 listopada mieszkańcy Hawany urządzają tu pielgrzymki. Obchodzą drzewo 3 razy,  rzucają monetę na korzenie, po cichu wypowiadają życzenie – wtedy się ono spełni. Obeszłam drzewo  – zgodnie z sugestią przewodniczki. Tylko, że było to 15 grudnia, nie rzuciłam pieniążkiem, nic nie pomyślałam, przepadło!

...

 

Jest taki sympatyczny zaułek, zwany Callejon de Hamel – wąski pasaż od ulicy Aramburu przy Neptuno, stał się artystycznym miejscem dzieł malarsko–rzeźbiarskich, sztuki stworzonej przez kultowego artystę - Salvadora Gonzaleza (lat 69!). Jest to miejsce kultu afrokubańskiej sztuki i muzyki. Budynki są pokryte  jaskrawymi kolorami, obrazami, freskami, pełno jest rzeźb i innych obiektów, które przedstawiają rytuały i bóstwa. W każdą niedzielę w godzinach 12:00-16:00 wszyscy tu tańczą rumbę. Nie mogłam tu być w niedzielę, ale spacer wieczorny tym zaułkiem (to blisko mojej casa) to była wielka przyjemność.

 

Ale Hawana  to nie tylko centrum i stare miasto.

...

 

W planach miałam wyruszenie do El Rincon, oddalonego o ok. 4 km od Santiago de las Vegas. Do tej ostatniej miejscowości łatwo dojechać spod Capitolio autobusem  nr 12 (cena 1 CUP), to ok. 1 godz. jazdy. 17 grudnia w dniu św. Łazarza, co roku odbywają się tu pielgrzymki ludzi  różnych  religii, również niewierzących. Sanktuarium pod wezwaniem św. Łazarza jest zlokalizowane  na terenie szpitala dla trędowatych. To kościół  katolicki. Wewnątrz kościoła znajduje się kilka ołtarzy i kaplice z wizerunkami świętych najbardziej czczonych przez Kubańczyków, jak Matka Boska El Cobre, NMP z Regla de Ocha, czy św. Barbara. W kaplicy po lewej stronie, w centralnej części kościoła znajduje się figura św. Łazarza. Łazarz był biednym człowiekiem, bratem Marii i Marty,  mieszkał w Betanii w pobliżu Jerozolimy. Pan Jezus przywrócił go do życia  cztery dni po śmierci. Jest patronem chorych i cierpiących; w santerii  św. Łazarz odpowiada Orisza o imieniu Babalu Aye, który jest bogiem uzdrowicielem, ukaranym trądem za zuchwalstwo przez wielkiego Olodumare.

 

Pierwsze uroczystości miały miejsce w dniu 17 grudnia 1917 r.   
 Sanktuarium odwiedził papież Jan Paweł II podczas swojej wizyty na Kubie w 1998 r..  Tyle ogólnych wyjaśnień. A co zobaczyłam? Tłumy ludzi najczęściej ubranych w kolory fioletowe z kwiatami - też liliowego koloru. Często ubranie było uszyte z materiału, z którego szyje się worki (juta?). Upał był straszny. W tłumie wyróżniali się pokutnicy sunący na kolanach lub nawet leżący na plecach i tak poruszający się, często z przyczepionymi do nóg kamieniami. Przed kościołem kapłan udzielał błogosławieństwa stojącym w kolejce ludziom, ja też stanęłam, poprosiłam też go o rozdanie obrazków, które miałam ze sobą, a ludzie chętnie brali. W środku sanktuarium paliły się na podłodze świece, stały kwiaty, ołtarzyki i figurki św. Łazarza. Ale trudno było o atmosferę kościoła katolickiego. Byli tacy, co palili cygara, był pan z pieskiem. Wśród nich - modlący się głośno i wznoszący do góry ręce. Były też zbiorowo odmawiane modlitwy, w tym – na pewno “Zdrowaś Mario”. Ciekawe, duże przeżycie!  Dobrze, że nie posłuchałam tych, co chcieli mnie odwieść od jazdy w tym dniu do El Rincon, no bo  będzie tłum i nic nie zobaczę. Zobaczyłam. Właśnie o to chodziło. O przeżycia.

Aby zobaczyć, jak wygląda główne sanktuarium santerii  trzeba pojechać do Regla zlokalizowanej po drugiej stronie kanału. Najlepiej popłynąć promem z portu w Hawanie. Tak zrobiłam.

...

W drodze powrotnej z cmentarza do miasteczka trafiłam na “Klub kultury”! W podwórku lekko zrujnowanego domu ze śladami malowideł na murze stało kilka stołów i panowie grali w szachy i domino. Wokoło roznosił się zapach moczu. Grający oczywiście popijali rum, a dyskusja była toczona podniesionym głosem, jakie emocje! To było prawdziwe miejsce kulturalnych spotkań. Panowie pozwalali obserwować grę i robić zdjęcia. Podarowałam małe domino produkcji radzieckiej pod nazwą “dorożnoje”, czyli właściwe do podróży. W dowód wdzięczności poczęstowano mnie łykiem rumu z gwinta. Byłam zachwycona.

Na Kubie w wielu miejscach obserwowałam grę w domino – na ulicach, placach, to bardzo popularna gra. Pamiętam, że tak samo było w Gruzji.

 

Cienfuegos

...

Wieczorkiem - herbatka, ciasteczka i rozmowa z rodziną w casa. Następnego dnia po raz pierwszy miałam jechać słynnym autobusem Viazul – do Trynidadu.

A więc parę słów wyjaśnienia. Viazul to firma przewożąca turystów za CUC do innych miast, czyli autobusy dalekobieżne dla cudzoziemców. Kubańczyków wozi Omnibus National - wcale niezłej jakości. Oczywiście jeżdżą oni też innymi środkami lokomocji, np. rozklekotanymi ciężarówkami, wszystko za symboliczne CUP. A turysta płaci nie tak mało w CUC. Sprawdziłam, że za ŻADNE pieniądze (CUC) cudzoziemiec nie pojedzie Omnibus National. Ale co ciekawe – w Viazul byli Kubańczycy, ile płacili, tego nie wiem, ale na pewno nie  tyle, co turyści. Kierowca i konduktor (chyba) dorabiali sobie. Czasem pasażerowie lokalni nawet stali i wysiadali po drodze pod domem lub przed dworcem, chyba żeby nie rzucać się w oczy. Turysta może jechać tylko autobusem lokalnym po mieście (np. w Hawanie i okolicach)  – wszyscy, i turyści też, płacą 1 CUP. Podróżować po Kubie turysta może autobusem Viazul  lub jechać taksi zbiorową (można i prywatną!), której  koszt jest  mniej więcej taki sam od osoby, co bilet autobusu Viazul. Różnice w cenach wynikają z popytu. W okresie grudnia/stycznia często słyszałam “bus is full”, co zresztą nie zawsze było prawdą i będąc cierpliwym, oczekując aż autobus przyjedzie, można było się zabrać, chociaż nie zawsze.

Procedura kupna biletów Viazul jest śmieszna. Najpierw rezerwacja w okienku. Jak płacisz  i żądają paszportu, to otrzymany papierek oznacza – masz bilet; jak wpisujesz się na listę  w zeszycie, to możesz mieć bilet  albo – nie. Na godzinę przed odjazdem papierek zamieniany jest na bilet, który i tak konduktor  zabiera. Bagaże są oddawane  i oznaczane  z biletem, tutaj jest porządek. Bagażowi nachalnie domagają się napiwku.

Autostop na Kubie istnieje, ale wymaga sporej cierpliwości (jak wszystko!). Na trasie widziałam licznych Kubańczyków z banknotem w dłoni zatrzymujących przejeżdżające samochody. Trzeba pamiętać, że ruch na “autostradach” i drogach między miastami jest znikomy. Ale słowo “autostrada” ma tu inne znaczenie:  zero  oznakowań, estakad, czasem pojawia się stacja benzynowa, ale  za to często - powozy konne i rowery.

 

Trynidad

...

Trynidad mnie rozczarował: za dużo turystów; inne miasta kolonialne, mniej rozreklamowane, też mają kolorowe budynki i stare, kręte uliczki, może niebrukowane, ale...  Z casa wspinałam się uliczką pod górę w kierunku  starówki, której centralnym punktem  jest plac - Plaza Mayor. Na placu są liczne muzea, także świątynia santerii i Galeria Sztuki. Odwiedziłam Muzeum Historyczne, którego eksponaty przybliżyły mi okres świetności miasta i region, czasy uprawy trzciny cukrowej i handlu cukrem. Z wieży muzeum roztaczał się wspaniały widok. Po południu otworzono  kościół parafialny Trójcy Świętej. (Santisima Trinidad), mogłam wejść do środka.

Tuż obok  katedry są schody do Casa de la Musica. Wieczorami zespoły na żywo grają i śpiewają  kubańskie gorące rytmy; miejsce bardzo komercyjne, jednak stwierdziłam, że  muszę tam zajrzeć. Nie było to wysokiego lotu, lepiej grali w knajpie obok.

...

Aby poznać historię regionu, o której była mowa w muzeum, wykupiłam w Cubanatour wycieczkę do Valle de los Ingenios (Dolina Cukrowni) - do dawnych plantacji trzciny cukrowej, z którymi związana jest (ważne!) historia rozwoju i upadku gospodarki Kuby. To właśnie tu urodziła się potęga cukrowa Kuby. W szczytowym okresie rozwoju, stąd pochodziła 1/3 produkcji cukru. W roku zwycięstwa rewolucji dolina straciła na znaczeniu,  dawni niewolnicy się wyzwolili, też wiele cukrowni spłonęło. Ale Trinidad z Valle de los Ingenios został wpisany na listę UNESCO.

Była nas piątka – para z Niemiec  oraz para z Anglii i ja. Przewodnik spokojnie i wyraźnie opowiadał po angielsku, tak że rozumiałam. Zobaczyliśmy pozostałości po XIX-wiecznych cukrowniach, magazynach oraz willach właścicieli. W Valle de los Ingenios zachowały się dawne rezydencje plantatorów i inne pozostałości po majątkach baronów cukrowych. Jedną z najokazalszych i najlepiej zachowanych jest pałac Manaca Iznaga i pobliska 45-metrowa dzwonnica zbudowana w XIX w., z której nadzorcy obserwowali i kontrolowali pracę niewolników (już 6-letnie dzieci zaczynały pracować na plantacjach trzciny). Dzwon zawieszony pod dachem oznajmiał początek i koniec pracy niewolników, jak również czas modlitwy porannej, południowej i popołudniowej. Bicie dzwonu sygnalizowało też np. ucieczkę niewolników. W chwili budowy była najwyższą budowlą na Kubie. Inne muzeum – dawny dom bogacza Jose Mariano Borrell y Lemus - buduje się już 3 lata i pewnie jeszcze to potrwa. Ten pan miał 5 domów w Trynidadzie, 3 statki, 360 niewolników, 19 000 uncji złota, rozporządzał sam rzeką Agabama (transport cukru). Uwięził żonę na 10 lat, bo… była szalona. Fajny? Bogaty! Produkcję cukru szacowano na 943 tony na rok; to właśnie była największa farma cukrowa. Na koniec odwiedziliśmy muzeum ceramiki na przedmieściach Trynidadu - Taller Alfarero. Niby nic, a stałam się właścicielką  dzbanuszka utoczonego ręcznie.

Remedios, Santa Clara

 Remedios jest cudne! Małe historyczne miasteczko z kolonialną architekturą, przyjaznymi niespieszącymi się mieszkańcami – to prawdziwa Kuba. Chociaż tego  dnia - 24 grudnia, podobnie jak i ja się tu zjawiłam, zjechało trochę turystów nieświadomych, że parrandas się nie odbędzie. Nawet ceny  noclegów poszły w górę. Postanowiłam wrócić do Remedios na 7 stycznia, aby jednak uczestniczyć w parrandas, o tym będzie dalej.

...

 

 

 

Camaguey

Razem z Niemcami zamieszkaliśmy w kolonialnym budynku (pokój - 15 CUC).Było wszystko: lodówka, telewizor, czysto. Nazywało się to Casa Sara. Już kupiłam bilety Viazul do Baracoa  (hura!) wiedziałam, że muszę tu zostać  trzy noce.

Camaguey to trzecie co do wielkości miasto na Kubie. Starówka wpisana jest na listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO i jest ładnie odnowiona. Labirynt, który tworzą ulice, kiedyś służył zmyleniu nieprzyjaciela - piratów; dużo placów, skwerów i kościołów - tłoczno, kolorowo i czysto. Pierwszego wieczoru poszłam tylko na spacer po okolicy, by night, i zjadłam obiad w restauracji – jagnięcina, po pańsku - 7,6 CUC! Do rachunku dołączono dzbanuszek (tinajón) z ceramiki. Służyły one dawniej do zbierania i przechowywania wody deszczowej. Dzisiaj służą głównie  jako dekoracja. Legenda mówi, że chłopak, który napije się wody z dzbana dziewczyny, zakocha się w niej i pozostanie z nią na zawsze.

Następnego dnia od rana zaczęłam poznawanie miasta - systematycznie: ulica po ulicy, plac pierwszy, drugi, trzeci … Przestronny, chyba najładniejszy  plac to San Juan de Dios; z czterech stron  otoczony  jest niskimi, kolorowymi budynkami. W jednym z nich, dawnym szpitalu, mieści się dzisiaj muzeum; nie byłam. Odwiedziłam za to La Iglesia San Juan de Dios z pięknym mahoniowym ołtarzem i sklepieniem. Katedra Nuestra Señora de la Candelaria została odnowiona przed przybyciem papieża Jana Pawła II w 1998 r., chociaż to nie tu miało miejsce spotkanie z wiernymi, tylko na placu Rewolucji!  W katedrze miła niespodzianka: kaplica Pana Jezusa Miłosiernego i figura św. Faustyny Kowalskiej. Oczywiście zostawiłam obrazki  ’”Jezu ufam Tobie”. Podaje się, że kilka milionów Kubańczyków - katolików - w 2008 r. zebrało się  na placu Miłosierdzia na uroczystości beatyfikacji zakonnika zwanego „ojcem ubogich”, brata Jose Olallo Valdes.  Była  to pierwsza tego typu uroczystość, która odbyła się na Kubie. Beatyfikacji dokonał papież Benedykt XVI. W uroczystości wziął udział prezydent Raul Castro.

Zabytkowy cmentarz (zawsze odwiedzam cmentarze) zlokalizowany jest na placu del Cristo tuż przy kościele Iglesia de San Cristo del Buen Viaje.

...

 

Skręciłam  do olbrzymiego parku Casino Campestre: place zabaw dla dzieci, pomniki, fontanny (nieczynne), ławki, na których można odpocząć  i pogadać. Doskonałym sposobem na rozpoczęcie konwersacji są balonik  czy cukierki dane dzieciom i wspólne picie piwa. Niestety, oni wolą rum, który oficjalnie ciągną z gwinta w pełnym słońcu i w samo południe (od rana). Panowie grali w domino, popijali, potem wsiedli do rykszy – bo to byli “taksówkarze”! Spacerkiem wracałam do domu i oto usłyszałam muzykę. Zajrzałam przez okno i zobaczyłam grających i śpiewających ludzi, inni tańczyli, kobiety miały białe szaty. Dom santerii.  Trafiłam na obrzędy urodzin (28 grudnia) Jose Francisco. W domu kapłanki santerii o imieniu Juri odbywały się tańce, muzyka, śpiewy (tańczyła rodzina, grał zespół). W rogu pokoju stał ołtarzyk z laleczką, zdjęciami zmarłych członków rodziny, kwiatami - czerwonymi różami. Wśród nich duże obrazy Pana Jezusa. Kazano mi się oczyścić (?) pewnym płynem: Juri mi nalała na ręce płyn,  a ja wytarłam sobie włosy i ubranie. Podano też rum (też „oczyszcza”, ale to już moja wersja wydarzeń!). Ja rozdałam cukierki, co zostało mile przyjęte. Pan-duch tańczył wirując a potem kazał mi się obrócić parę razy i wydał ”w yrok”: mam dobre serce, ale czasem jestem za nerwowa. I jak tu się nie zgodzić z wyrocznią! Pan-duch tańczył, pił (chyba rum) z miseczki kokosowej i palił cygara. Kręcenie filmu, robienie zdjęć wykluczone, a wielka szkoda!

 

Tak zakończyłam zwiedzanie Camaguey. Wieczorem rykszą (czy rykszarz był po rumie?) dojechałam na dworzec, czekała mnie nocna jazda do dalekiego Baracoa. Autobus spóźnił się o, bagatela, 2 godziny.

 

Baracoa

W autobusie było strasznie zimno, bo oni puszczają klimatyzację na maxa. Miałam możliwość porannego oglądania pięknych widoków, bowiem  Baracoa jest położone w górach i jedzie się serpentynami, krętą drogą łączącą Baracoa z resztą świata. Lał deszcz, ale, szczęśliwie przestał, gdy dojechaliśmy. Z turystami autobusem jechali Kubańczycy i wysiadali po drodze. Przyjechaliśmy spóźnieni na 8.00 rano. Czekał na mnie  Silfredo - wysłannik casa El Jardin - namiar od  Sary z Camaguey. Tanio i przytulnie. Jest, oczywiście, ogródek.

To właśnie do Baracoa, tak twierdzą bezapelacyjnie mieszkańcy,  w 1492 r. Krzysztof Kolumb ze swoją załogą przybił pierwszy raz do wybrzeży Kuby. Argumentem “za” jest drewniany krzyż Cruz de la Parra, który, podobno jako jeden  z dwudziestu dziewięciu krzyży, które Kolumb przywiózł do Nowego Świata,, w dodatku jedyny, który przetrwał do naszych czasów, obecnie przechowywany jest w przedsionku kościoła. Prawdziwość krzyża jest podważana, ale przecież nie o to chodzi.

 

...

 

Mając już wszystko dopięte, na luzie - postanowiłam pojechać na plantację kakao. Baracoa słynie z produkcji czekolady. Region ten to zagłębie uprawy kakaowca, z którego nasion otrzymuje się kakao służące następnie miejscowej fabryce do produkcji najpopularniejszej kubańskiej czekolady o nazwie, właśnie, Baracoa. Fabrykę założył sam  Che w  1963 r. Fabryka jest niedostępna dla zwiedzających, ale wycieczka  na plantację jest ciekawsza. Wynajęty przeze mnie pan od rykszy ciężko pracował na swój zarobek. Droga pięła się pod górę, a potem to już były dziury i wielkie kałuże (padało dość intensywnie, ale zawsze szybko deszcz się kończył). Czasem ktoś nas popychał, czasem on wysiadał i sam pchał, zadecydowałam, że nie muszę cały czas siedzieć, podczas gdy z niego naprawdę pot się lał. Zaczęliśmy współpracować: szliśmy razem obok  bryczki, dawałam mu chusteczki  do odświeżenia,  trochę glukozy w postaci cukierków. Było sympatycznie. Wreszcie pan zostawił pojazd na posesji pewnego domu,  bo nie można było dalej jechać. Sam opłacił postój. Doszliśmy na teren farmy, by zobaczyć, jak uprawia się kakaowce i otrzymuje z nich surowiec do produkcji słodkich czekoladowych tabliczek. To była państwowa plantacja Finca Duaba.

 

..

 

Odwiedziłam plac Niepodległości, aby posiedzieć przy piwie, uf, jak gorąco, deszcz nic nie schłodził temperatury. W Casa de la Trova przepięknie śpiewał lokalny Julio Iglesias. I to jak śpiewał! Przy piwie bucanero. Był to fantastyczny popis wokalu i przednia zabawa.

Jeszcze tylko jedna rzecz mi pozostała do załatwienia: spróboanie  lokalnego przysmaku o nazwie cucurucho. Mieszanka orzechów kokosowych, cukru i innych składników,  jak pomarańcze, guawa i ananas - jest owinięta w liście palmowe w kształcie stożka  (nazwa w języku hiszpańskim oznacza – rożek, stożek). Cucurucho kupiłam w drodze wyjazdowej z Baracoa, na przystanku autobusu, wiedziałam, że muszę przepłacić. Dla lokalsów cena 2 CUP, dla turystów  - 20 CUP. Ale mam pamiątkę, zjemy w Warszawie.

 

Santiago de Cuba

Ostatni rzut oka na górskie widoki, potem przejazd przez Guantanamo i dworcowa toaleta za 1 CUP (0,05 CUC): wody brak, ale “babcia klozetowa” polewa wodą z beczki i wydziela papier toaletowy.  Jestem już w Santiago de Cuba – drugim co do wielkości mieście Kuby. Jest 31 grudnia, 2016 r.

Nazwa miasta pochodzi od patrona, świętego Jakuba, którego imię po hiszpańsku to Santiago.

...

 

20 km to tylko pozornie niedaleko. Podróż zajęła mi parę godzin – najpierw musiałam znaleźć dworzec autobusowy, dojść  - to było stosunkowo niedaleko. Potem ponad godzinę czekania na autobus. Ludzie poradzili, abym podjechała do innej miejscowości - Grille. Tam wsadzili mnie na wóz konny. Woźnica (a może i koń) byli pijani. Bardzo. Wszyscy podawali woźnicy butelkę rumu, aby nie stracił animuszu. Gubił pieniądze i nie dawał rady, zresztą koniowi też plątały się kopyta. Mnie się spieszyło. Pozostali pasażerowie byli w dobrych humorach. Był 31 grudnia, godzina ok. 17, zaraz zapadnie zmrok, a ja  daleko i nic nie wiem, gdzie jestem. I jak wrócę!  Na rozstaju dróg musiałam wysiąść. Całe szczęście, że w oddali zobaczyłam wieżę kościelną. Szłam jakieś 500 m wśród straganów z dewocjonaliami. I oto byłam u stóp bazyliki przy słynnych schodach. Szybko weszłam (dlatego nie liczyłam) i zobaczyłam piękno wnętrza. Zdjęcia cudownej figurki można było robić tylko z daleka. Na ścianach liczne wota i kwiaty. Można było przekazywać swoje podarki - dałam różańce i obrazki z Polski. Bardzo się cieszę, że udało mi się tam pojechać, pomimo bardzo krótkiego czasu. Szkoda, że tak krótkiego. W strachu, że zapadnie ciemność, a ja nie wiem, jak wrócić, pośpieszyłam główną ulicą, a dobrzy ludzie wskazali róg, skąd mogę złapać jakiś środek transportu. W 3 minuty później jechała ciężarówka. Wsiadłam - ledwo, bo trudno wspiąć się tak wysoko!  Siadłam na desce wśród tłumu ludzi. Było wesoło. Niebezpiecznie zsuwałam się z deski, ale jechałam do Santiago. Niektórzy pasażerowie w rękach trzymali olbrzymie torty; często spotykałam sklepy - cukiernie z obrzydliwie kolorowymi, na wygląd  niesmacznymi tortami. Przecież był sylwester. Podskakując na wybojach rozdawałam balony i  cieszyłam się - Matka Boża nade mną czuwała.

 W Santiago byłam w 45 minut później. Po ciemku szłam w kierunku domu, a po drodze przypomniałam sobie, że cały dzień nic nie jadłam. Zaszalałam  i kupiłam dwie kanapki. Do północy zostało parę godzin. Wystarczająco, aby się wykąpać i przebrać (w co? w jedyną spódnicę na gumkę). Wyszłam o 22.00 i poszłam na centralny plac, zwany parkiem Cespedesa. Było tam bardzo dużo ludzi. Niektóre panie – strojne, na ogół w bardzo krótkich spódniczkach ciasno opinających obfite kształty. Wokoło stały stragany z trunkami –  co kto woli. Gwar i zabawa. Pod ratuszem ustawiono scenę. Popijałam białe wino i gadałam (w języku międzynarodowym) z sąsiadami z ławki. Spotkałam Polaków, spotkałam znajomych Niemców z autobusu, słowem działo się. Niespodziewanie  wybiła północ, co oznajmił  wrzask ludzi. Zaraz potem na podium weszli ważni ludzie przy ratuszu, coś tam mówili, oprócz życzeń noworocznych, bo to zrozumiałam. Zaczęły się występy, ale krótko. Ja zostałam zaproszona wraz z innym turystą, Francuzem, do zaprzyjaźnionego na ten moment - domu, gdzie domownicy po prostu szaleli w tańcach i trwały zbiorowe śpiewy. Do domu wróciłam około 4 rano. Taki to był sylwester. Jak szaleć to szaleć

....

 

Wstęp na cmentarz normalnie jest płatny. Ale od kiedy złożono tam prochy Fidela, opłaty zniesiono. Ciągną tam turyści, idą Kubańczycy, niektórzy autentycznie płaczą, Widziałam pana strasznie szlochającego. Rozpacz była prawdziwa.  Co pół godziny jest zmiana warty i żołnierze krokiem defiladowym zmieniają się, maszerując  od mauzoleum, gdzie leży Fidel, w kierunku mauzoleum z prochami Jose  Martiego, flagą narodową i wieńcami. Wszystko przy dźwiękach hymnu, pieśni  i w ogóle jest to 6-minutowe widowisko filmowane przez zainteresowanych, głównie cudzoziemców. Nie wiem,  jak długo to się będzie odbywać. Ale, oprócz tego  cmentarz w Santiago jest wart obejścia - leżą tam, oprócz znanych rewolucjonistów, pieśniarze, w tym - członkowie słynnego Buena Vista Socjal Club oraz słynni tovadores, malarze, aktorzy,  jest też rodzinny grobowiec założyciela fabryki rumu Bacardi.

 

...

 

Hawana, Vinales

 

...

 

Z Manuelem można było pogadać po angielsku – to ważne. Dużo nam opowiadał o sytuacji właścicieli casas particulares. Płacą podatki 10% plus ubezpieczenie oraz zobowiązanie, ile zapłacą w roku następnym, żąda się od nich zwiększania kwoty. Cytuję: “a państwo nie daje mi nic”. Nie mają dodatkowego przydziału towarów. Kupują towary za CUC,  aby przygotować śniadanie czy kolację. Obliczyłam, że właściciele casa są uprzywilejowani mimo wszystko, bo mają dochody w walucie wymienialnej. Wydają dużo, dużo mniej na posiłek sprzedawany turyście niż jego cena. Ale liczy się biznes. Manuel wytłumaczył, na czym polegają kubańskie kartki, pokazał mi je i objaśniał. O tym już Wam pisałam. Był wyznawcą santerii - przed wejściem do domu siedziała kukła – symbol. Żona - urocza pani - przygotowała dla Ani na kolację langustę, chciałam, aby koleżanka spróbowała tego przysmaku. Mieli dwóch synów, jednego przeznaczyli na studia, a drugi  miał pomagać ojcu. Manuel oznajmił: “znam swoją drogę”. Ciężko pracował, aby osiagnąć cel: dom dla turystów z barem-restauracją od frontu. W swoim życiu był w wojsku, był rybakiem, obowiązkowym “przymusowym wolontariuszem” przy zbiorze kawy, ale wie, czego chce i życie go wzmocniło. Z tyłu od ogródka budował dla rodziny  nowy dom. Podobał mi się ten człowiek. Dlatego na koniec  rodzina otrzymała prezenty: mydełko i kolorowy (cenny na Kubie) grzebień dla pielęgnacji długich włosów żony biznesmena Manuela. Pożegnali nas wspólnie wypitą  kawą, podaną w przepięknych filiżankach ozdobionych ziarnkami kawy. Był to ranek przed naszym wyjazdem do Hawany.

Teraz będzie o Vinales. To miejscowość otoczona pięknymi, wapiennymi, wyrastającymi pionowo  wzgórzami, zwanymi mogotami, porośniętymi bujną, tropikalną roślinnością oraz dużymi  plantacjami tytoniu. Valle de Viñales, stanowiący park narodowy, wpisane zostało  na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Region ten uchodzi za jeden z najpiękniejszych naturalnych krajobrazów na Kubie. Nic więc dziwnego, że przyjeżdża tu mnóstwo turystów.

...

Remedios

...

 

W skrócie wygląda to tak. Tradycja sięga 1820 r., gdy pewien młody ksiądz postanowił wyciągnąć ludzi z domów i przyciągnąć do kościoła, chciał zachęcić parafian do uczestnictwa we mszy św. zwanej pasterką.  W tym celu zebrał grupę dzieci i zachęcał je, aby jak najwięcej hałasowały. Poprosił dzieci, aby  zebrały  puszki pełne kamyków,  garnki i patelnie, wszystko, czym mogłyby mocno pohałasować, miały skończyć 24 grudnia. Plan zadziałał. Kościół szybko się wypełnił. Święto stało się jednym z najbardziej popularnych  obchodzonych na Kubie. Zamieniono garnki i puszki na inną muzykę,  najważniejszym instrumentem stał się atambora - mały bęben powleczony kozią skórą. Przez lata parrandas się zmieniało - współcześnie to dzika bitwa muzyczna, sztuki artystycznej i fajerwerków,  pirotechniki, światła i grafiki pomiędzy dwoma połowami miasta: El Carmen i San Salvador.  Carmen  reprezentuje jastrząb, San Salvador jest kogutem.

 

Podobno przygotowania  trwają w dużej tajemnicy, a mieszkańcy spędzają kilka miesięcy, aby przygotować platformy z dekoracjami i światłami. Zaangażowani w organizację są mieszkańcy, do tego stopnia, że w dniu rozpoczęcia (tzn. w 2017 r. - było to wyjątkowo 7 stycznia) sklepy zamykano wcześniej (11-12.00), aby występujący pracownicy  ubrani w specjalne stroje mogli się przygotować. Platformy – stojaki, olbrzymie wielometrowe nieudekorowane stały już 24 grudnia. Było ich po dwie na grupę, w tym  po jednej ruchomej. Są one wynikiem ogromnej pracy, spawaczy, stolarzy, elektryków, wszelkich projektantów, krawcowych (kostiumy) i całych zespołów miejscowych ludzi. Niby dużo wiedziałam i to mnie  zachęciło do zobaczenia na własne oczy parrandas, ale, przysięgam, słów brakuje, aby to opisać! Moja gospodyni Melba – w międzynarodowym języku wytłumaczyła mi: będzie bum, bum, bum: godzina jedni, potem drudzy. 

...

Nie wiem, jak wytrzymałam do 8 rano… A nie byłam ostatnia, która opuszczała plac.

 Na nocnym, a potem porannym niebie świeciło światłami fajerwerków, brzmiała muzyka, ludzie tańczyli, śpiewali i pili, pili i śpiewali, tańczyli...

...

Hawana na koniec

O wszystkim, co widziałam w Hawanie, już napisałam, więc krótko, czekały mnie minimalne zakupy: przede wszystkim doskonała kubańska kawa cubita, osiągalna tylko w sklepie Aborygenos z pamiątkami na starówce. W supermarketach nie natrafiłam na żadną kawę.

Sentymentalny spacer ulicami centrum i starówki, rzut oka na ocean z Maleconu, wydałam ostatnie pieniądze w sklepie i barze. Zostało mi tylko 25 CUC na taksówkę na lotnisko, skąd miesiąc temu rozpoczynałam znajomość z Kubą. Adiós.

Ostatnie zdjęcia:
Rozwiń
  • s-facebook
  • Twitter Metallic

Szeki- najpiękniejsze miasto

Lahicz - najpiękniejsza górska wioska

Quba

Xilaniq- wioska w górach

Gandzia

 Prawdopodobnie nigdy bym nie pojechała do tego kraju, gdyby nie lektura książki Eriki Fatland po tytułem „Sowietstrany”. Kupiłam ją  przed wyjazdem do Kazachstanu. Treść rozdziału poświęconemu Turkmenistanowi spowodowała, że musiałam tam pojechać. Autorka nazwała ten kraj Absurdystanem. A ja lubię wyzwania. Tłumaczę jednym zdaniem: jest porównywany do Korei Północnej. To odizolowany kraj. Każdy z sąsiednich krajów można odwiedzić bez problemu, bo albo Polaków nie obowiązują wizy lub też można je łatwo zorganizować przez Internet. Inaczej jest  z Turkmenistanem, do którego można wjechać posiadając wizę turystyczną. Taką ja zdobyłam, wykupując u lokalnego operatora drogą (128$ za dzień) wycieczkę na 12 dni. Innym sposobem na wjazd do tego kraju jest zdobycie wizy tranzytowej, ale można przebywać na terenie kraju do 5 dni i należy okazać wizę sąsiedniego państwa. Ale ta metoda też nie zawsze jest skuteczna.  Władze kraju nie chcą, aby przyjeżdżali do niego turyści, a ci, którzy na to się zdecydują, muszą  za to zapłacić. Opłata za wycieczkę obejmuje: noclegi w niezłych hotelach, wszelkie środki transportu od samochodu poprzez pociąg i samolot, jedzenie (z małymi wyjątkami), tylko za bilety wstępu do muzeów trzeba samemu zapłacić. Biorąc pod uwagę, że ceny hoteli dla cudzoziemca są w dolarach i płaci dużo więcej niż obywatel Turkmenistanu (w manatach, lokalnej walucie) – wcale nie jest to opcja bardzo droga. To drogi kraj dla turysty, a nie wycieczka. Ale z drugiej strony w kraju jest czarny rynek walutowy i to jest korzystne dla cudzoziemca (przebicie 5,5 krotne).

Pozwólcie, że pokrótce opowiem co mnie zafrapowało.

W wyniku rozpadu Związku Radzieckiego, dokładnie (bo ten dzień jest świętem Niepodległości) 27 października 1991 r. Turkmenistan ogłosił niepodległość. Pierwszym prezydentem został były działacz partii komunistycznej, który wtedy zmienił poglądy – nazywał się - Saparmyrat Nyýazow. W tym miejscu dodam, że pierwszy prezydent piął się po szczeblach kariery politycznej jako sierota: matkę i dwóch braci stracił w wyniku trzęsienia ziemi z 1948 r., ojciec zginął wcześniej w czasie II wojny światowej, więc, jak mówią złośliwi, pozostał mu tylko wujek Stalin, który zapewnił jemu wykształcenie i rozwój.

Jego rządy cechowało łamanie praw człowieka  i kult jednostki. Dwa lata później prezydent ogłosił się Turkmenbaszą, czyli „Ojcem Wszystkich Turkmenów” i zaczął skutecznie izolować państwo na arenie międzynarodowej. To tragiczne. A teraz będzie śmieszne. Powołano  komisję najlepszych historyków, która ustaliła, że prezydent jest bezpośrednim potomkiem samego Aleksandra Wielkiego! Prezydent kazał postawić sobie złote pomniki, z których najsłynniejszy to ten, który kiedyś stał przed pałacem: 70-metrowy Łuk (Arka) Neutralności. Na jego szczycie znajduje się pozłacana statua Turkmenbaszy, a posąg obracał się o 360 stopni,  w tempie ruchu słońca. Dzięki temu, twarz wielkiego wodza była zawsze oświetlona jego promieniami.

Dyktator wprowadził zmianę nazw miesięcy zastępując je imionami krewnych, wielkich narodu  i hasłami. Podaję: pierwszy miesiąc  wziął swoją nazwę od imienia Turkmenbaszy, luty – bajdak (miesiąc sztandaru), … kwiecień – Gurbansoltanedże (matka prezydenta), … wrzesień – Ruhnama (dzieło prezydenta, zaraz to wyjaśnię), październik – baraszsyslyk (miesiąc niepodległości)…Miasto Krasnowodzk nazwano przydomkiem prezydenta – Turkmenbaszy. Dzień jego urodzin był świętem narodowym. To jeszcze nie koniec. Napisał “przewodnik duchowy” Turkmenów – dzieło o nazwie Ruhnama (Księga Ducha). Jej znajomość była obowiązkowa, nawet przy zdawaniu egzaminu na prawo jazdy. Księga doczekała się pomnika. Z głośnika słychać było tekst dzieła. Takich absurdalnych pomysłów było wiele, ale te chyba wystarczą…

Po śmierci Nijazowa (2006 r.) władzę, zgodnie z radzieckim zwyczajem objęła osoba, która zorganizowała wodzowi pogrzeb. Był to Gurbanguly Berdimuhammedow, wcześniej osobisty dentysta Turkmenbaszy, minister zdrowia.  Zaprowadził niewielką liberalizację życia społecznego i politycznego w kraju. Niewielką. Łuk Neutralności (nazwany teraz Pomnikiem) usunął sprzed pałacu na peryferie (2010 r.), postać już nie obraca się za słońcem. A znajomość Ruhnamy już nie  jest obowiązkowa. Ale postawił sobie też złote pomniki, jego wizerunek jest na każdym urzędowym budynku i nie tylko. Ubrany na plakacie stosownie do sytuacji: na koniu, w mundurze czy garniturze. I zawsze szeroko uśmiechnięty – dentysta. Teraz to potwierdzam. W czasie swego pobytu przekonałam się o tym, że kult jednostki  jest kontynuowany. O tym będzie potem.

Mówią, że żona Turkmenbaszy i jego rodzina przenieśli się do Rosji…

Kontynuując opowieść o polityce, dodam, że wyczytałam w Internecie, że  wskaźnik demokracji lokuje Turkmenistan na 162. miejscu spośród 167 sklasyfikowanych krajów wskaźnik wolności prasy na 178. pozycji (gorzej jest tylko w Erytrei i Korei Północnej). Z kolei w rankingu wolności gospodarczej Turkmenistan plasuje się na 169. miejscu wśród 180 państw. Dane z 2018 r.

Jak to wszystko przeczytałam, to nie mogłam nie pojechać do Turkmenistanu- Absurdystanu.

Kraj ten jest 1,5 razy większy od Polski, a pustynia Kara-kum obejmuje prawie 80% jego powierzchni.  Zamieszkuje go ok. 5,5 mln ludzi, czyli  ma ok. 7 razy mniej obywateli niż Polska.

Terytorium Turkmenistanu ma długą i zmienną historię. Wiele armii starożytnych i współczesnych imperiów (Aleksandra Wielkiego, Arabów oraz ludy mongolsko-tatarskie, Rosję carską i sowiecką) podbijało te ziemie, niepodległość uzyskał w 1991 roku. Tędy  przebiegał  Jedwabny Szlak. Niby pustynia – ale znajduje się tu mnóstwo wykopalisk archeologicznych, także tych wpisanych na listę UNESCO; zachowały się ruiny starożytnych miast i twierdz, które są świadectwem bogatej przeszłości tych ziem.

Stolica - Aszchabad, czyli miasto miłości, wyrosła około 160 lat temu  w środku pustynnego krajobrazu. Wielkie trzęsienie ziemi zniszczyło miasto w 1948 r., pozostały jedynie dwa lub trzy domy. Reszta miasta legła w gruzach  grzebiąc  ok. 120 tys. ludzi, wtedy ok. 2/3 mieszkańców.  Teraz niektórzy mówią, że miasto zamieszkuje ponad 1 milion osób, ale wtajemniczeni mówią, że dużo mniej. Stolicę odbudowano. Mówiąc o starówce mamy na myśli niskie budynki okresu stalinowskiego. A nowe centrum to wariacki projekt dwóch dyktatorów niepodległego Turkmenistanu: miasto pałaców, gigant hoteli i budynków rządowych; nietypowa architektura, czyli marmurowe, białe budynki. Na ulicach białe samochody. Szerokie jezdnie. Prezydent lubi biały kolor. Aszchabad został wpisany na listę rekordów Guinnessa, jako największe białe miasto z marmuru. Słyszałam też opinie, że to skrzyżowanie sowieckiej metropolii z Las Vegas. I to był następny powód, aby tam pojechać i to zobaczyć.

Na zaproszenie z Biura Turystycznego czekałam ponad miesiąc. Lecąc samolotem przez Mińsk białoruski (sprawdzali, czy mamy zaproszenia na pobyt w Turkmenistanie!) o 4 rano wylądowaliśmy w Aszchabadzie. Puścili nas bez kolejki, bo ogromna ilość Turków posiadała wielkie walizy i tobołki, byli oni szczegółowo kontrolowani. My – nie. O dziwo, dość sprawnie dostaliśmy wizy, szybko poszło. Lotnisko oświetlone w ciemnościach wyglądało imponująco - wejście w kształcie wielkiego ptaka. Przed wejściem, na parkingu - ogromna ilość białych samochodów. Za bramką czekał pan z kartką i napisem Grażyna i Ewa. To my.  Biały samochód zawiózł nas do hotelu “Białe złoto” (Ak Altyn - bawełna). Opiekun załatwił wszystko,  tylko pokój mogłyśmy dostać dopiero o 13:00. Miałam kontakt do pewnego księdza (Polaka), który  pracował w Aschabadzie już 23 lata. To wspaniała postać: duszpasterz, człowiek.  Ten ranek spędziłyśmy  u księdza na mszy św. a potem - śniadanku. Pierwszy rzut oka na okolice - to była wycieczka samochodem z księdzem.  Dodam, że po stolicy można poruszać się  samemu, czyli bez obstawy. Pierwszy dzień w Turkmenistanie miałyśmy wolny.

Najpierw zwiedziłyśmy Meczet Turkmenbaszy, który znajduje się w wiosce Gypjak, obecnie zaliczonej do miasta Aszchabad. W miejscu swojego urodzenia pierwszy prezydent nakazał wybudowanie meczetu, który kosztował krocie. Jego dzieło - Ruhnama zostało zamieszczone na ścianach świątyni tuż obok wersów Koranu, co było powodem wielu kontrowersji w społeczności muzułmańskiej. Na terenie w sąsiednim budynku znajduje się mauzoleum jemu poświęcone.  W mauzoleum pochowano prezydenta i jego  rodziców oraz rodzeństwo. Zdjęć nie można robić…chyba, że się ładnie poprosi, mocno uzasadniając.

Dowiedziałyśmy się ciekawej rzeczy. Po II wojnie światowej przyjechała do Aszchabadu słynna Ordonka z polskimi dziećmi, które udało jej się przetransportować za rosyjską granicę. Ordonówna wraz z  opiekunkami sformowała  konwój złożony z dwustu dzieci. W ten sposób rozpoczęła wędrówkę przez Uzbekistan właśnie do Aszchabadu (wtedy: Turkmenia). Dzieci były leczone  w pobliskim starym szpitalu (jeszcze istnieje). Te, które zmarły zostały pochowane na niedalekim cmentarzu. Szpital i cmentarz zlokalizowane są  przy drodze do Gypjak w rejonie o nazwie Kysz. Zwiedziliśmy ten olbrzymi cmentarz. Mnóstwo tu grobów ludzi różnych narodowości, ale polskich grobów już nie można odróżnić, nie zostały żadne napisy. Pokazano nam wielkie podłużne zbiorowe mogiły ludzi, którzy zginęli w trzęsieniu ziemi. Ponadto było wiele ciekawych grobowców. Pokazywał i opowiadał nam  pan, który od lat pracuje na tym cmentarzu.

Obok siedziby księdza i kaplicy katolickiej mieści się przedszkole, gdzie uczęszczały polskie dzieci . Weszliśmy tam, aby zobaczyć to miejsce, ale o polskich sierotach  już nikt nie pamięta.

Z Aszchabadu  ciężarówki z polskimi dziećmi  wspierane przez  Czerwony Krzyż ― wyruszyły dalej do Iranu.  Chętnych, chcących  dowiedzieć się czegoś więcej zachęcam do lektury biografii Ordonki.

Jeszcze przed obiadem pojechaliśmy w pobliskie góry. Po drodze widziałam parki “pustynne”, miasto wybudowano na pustyni. Mijaliśmy ekscentryczne budowle stolicy, imponowały szerokie, jednak puste, ulice.  Rzucał się w oczy brak billboardów, reklam (parę widziałam – firmowych, ale to ten wyjątek, który potwierdza regułę), witryn sklepowych też nie widziałam; tylko dużo plakatów z wizerunkiem prezydenta obecnie panującego. Śmieszyły mnie co paręnaście metrów panie - sprzątające, kobiety, często z zakrytymi twarzami z powodu kurzu,  zamiatały  miotłami (czyste): jezdnię i chodnik lub zajmowały się zielenią miejską. A propos “kurz”. Ponieważ w około były piaski pustyni, widoczność nie była dobra, pobliskie góry tonęły w mgle piaskowej.

W ten sposób zobaczyłyśmy po raz pierwszy to dziwne miasto.  Po południu - odbyłam swój  pierwszy indywidualny spacer. Hotel był świetnie położony i można było dojść piechotą do wielu ciekawych miejsc. Oczywiście poszłam - główną ulicą Magtymguły, przy której był hotel - obserwując ludzi, szczególnie kobiety kolorowo ubrane, “na ludowo”; miały długie dopasowane suknie z dekoltem obszytym wyszywanką w tradycyjne wzory, włosy miały  upięte  i zakryte chustą w barwne wzory. Dziewczęta, te które chodzą już do szkoły,  ubrane były w długie  sukienki z zielonego  materiału, a długie włosy upięte w dwa warkocze, studentki ubrane były w sukienki czerwonego koloru.  Część osób  pozwalała na pozowanie do zdjęcia. Skręciłam w ulicę pełną fontann i pomników przedstawiających wielkich kraju: pisarzy, działaczy, muzyków; aleja ukazywała postacie zgodnie z datami kiedy żyli od XI w. do XX w.  Dotarłam do bazaru, zwanego ruskim. Jak ja lubię bazary! Kolorowe owoce cieszyły, zapach pieczywa i pierożków kusił, kawior i inne delicje można było popróbować. Ciuchy mnie nie interesowały, chyba, że były to kolorowe chusty i czapeczki oraz torebki z dywanów, czy same dywany. Od bazaru – rzut beretem do jednego z teatrów i pomnika Lenina z lat 20-tych XX w. Na ulicach wszechobecna policja. Pstrykałam różne zdjęcia, w paru przypadkach przed urzędowym budynkiem – zabroniono robić fotki. OK. Tylko raz spotkała mnie większa przygoda, bo zatrzymał mnie pan żandarm  z bronią, zagadał w sobie znanym języku, czyli po turkmeńsku. Dygresja: w Turkmenistanie ludzie posługują się językiem z grupy języków tureckich, pisanych alfabetem łacińskim. Strażnik rosyjskiego ani angielskiego - nie znał. Więc wzruszyłam ramionami, bo niczego złego nie zrobiłam, ani jednego w tym miejscu - zdjęcia. Pan zatrzymał mnie ręką i zadzwonił ze swej komórki do kogoś po pomoc. Coś zagadał i oddał mi telefon. Na ekraniku był napis, który zrozumiałam: komendant. Pan komendant światowo zagadał do mnie po rosyjsku ”nie lzia”, co też zrozumiałam. Okazało się, że stoimy przed budynkiem Ministerstwa Bezpieczeństwa (!) i “nie lzja” robić zdjęć. Żandarmowi podałam swój aparat fotograficzny, nie było zakazanego zdjęcia, więc puścił mnie. Akcja była prewencyjna! Od tej pory  żartowałam, że mam znajomego komendanta w Turkmenistanie.

Starówka podobała mi się bo była ”normalna”, wzruszało wywieszone pranie między budynkami. Budynki na ogół  odnowione (na biało) i z ładnymi ozdobnymi balkonami.No i są na ulicach chodzili ludzie. Widać było sklepy, których w marmurowym mieście – brak. Dotarłam do teatru dramatycznego, przed którym stał pomnik wieszcza Puszkina. A w mijanym parku Gunesz zobaczyłam po raz pierwszy (i ostatni) pijanego leżącego na ławce.

Wieczorem ksiądz nas zabrał  na objazd oświetlonego (i to jak!) miasta. Tylko parę osób spotkaliśmy przed znanymi obiektami, a tak to było pusto. Z Parku Neutralności  widoczna była panorama, a w tym oświetloną tzw. „ścieżka zdrowia” Serdar. Najczęściej używana część ścieżki zdrowia rozciąga się na zachód przez 8 km, kończąc w pobliżu  Nisy (o tej osadzie - później). Początkowy odcinek to stroma wspinaczka po betonowych schodach, aby dotrzeć do grzbietu wzgórz. Jest jeszcze inna ścieżka – bagatelka - 35 kilometrowa. Zbudował  je Turkmenbasza z troski o zdrowie swych ministrów, którzy raz w roku musieli przebiegać górski maraton, by po dotarciu na szczyt odebrać osobiste gratulacje od przywiezionego tam helikopterem Turkmenbaszy. Prezydent odbył tam spotkanie Rady Ministrów w marcu 2003 r. i  skarcił swoich ministrów za zbyt powolny bieg odcinkiem 8 km. Powiedział, że powinni być w stanie zrobić spacer w 90 minut, bo to zapewni im dobry dzień w biurze. Wierzyć - nie wierzyć. Chyba wierzyć.

Następnego dnia  nasza wycieczka  zaczęła się od wizyty w  biurze Tour Operatora. Zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Zlokalizowane w jednym z białych wieżowców, zawierało liczne pokoje, sporo pracowników. Przywitał nas sam pan dyrektor, poczęstował herbatą ze słodyczami. Zwiedziłyśmy lokalne muzeum: kolekcję zbieraną przez dyrektora przez lata jego pracy. Dostałyśmy też mały gift: saszetkę- kosmetyczkę “raz na ludowo”. Poprosiłam o przewodnik i dostałam, nawet parę, ale … nigdzie, nigdzie nie było mapy stolicy. W książce o Aszchabadzie też nie było mapy. Ciekawe. Wszyscy szukali i nic… A oczywiście czegoś takiego jak biuro informacji turystycznej ani w Aszchabadzie ani w żadnym innym mieście - nie ma.

Dzięki objazdowi samochodem z kierowcą - Achmedem, szczegółowiej poznałyśmy budowle miasta.  Niektóre widziałyśmy dzień wcześniej, ale dodatkowo: imponujące Koło Młyńskie, ekstrawagancki budynek Pałacu Ślubów,  Ministerstwo Stomatologii w kształcie zęba (przypominam, że prezydent był dentystą), kompleks - miasteczko olimpijskie (zbudowane na okoliczność Azjatyckiej Olimpiady Halowej z 2017 r.) - świecące pustkami, Centrum poświęcone  m.in. trzęsieniu ziemi z 1948r. i  Ertogrul Ghazi - Meczet. Oglądając rządowe budynki, stwierdziłam, że więcej tu ministerstw niż, chyba, ministrów. Jest i – uwaga -  Ministerstwo Konia, bo koń to sprawa państwowa i święta. W tym kraju nie jada się koniny, a złe traktowanie konia jest uważane za jedno z najgorszych przestępstw. W Turkmenistanie konie i ich wyścigi to sprawa wagi państwowej, szczególnie jeżeli chodzi o konie rasy Akhal-Teke (zwane "skrzydłami Turkmenów”, lekkie i dumne, jak określił jeden z naszych kierowców), które znalazły się  jako element turkmeńskiego godła i  na  banknotach. Specjalnym dekretem drugi (obecny) prezydent Turkmenistanu, który przyjął tytuł Narodowego Hodowcy Koni zarządził, że konie kończące swoje życie (jak to napisać?; umierają śmiercią naturalną) chowane są na specjalnych cmentarzach. Dlatego Ministerstwo Konia jest niezbędne, aby prowadzić dokumentacje dotyczącą koni, których traktuje się jak człowieka i członka rodziny. Jeszcze będę opisać o mojej wizycie u jednego z hodowców championów.

Centrum poświęcone ofiarom trzęsienia ziemi jest imponujące. Tak naprawdę centrum (oddane w 2012 r.) poświęcone jest ludziom (Halk hakydasy) -  dodatkowo -  ofiarom  II wojny światowej 1941-45 r. i  batalii pod Geok Depe z Rosją z 1881 r. Przegrana bitwa  była ostatnią, w której siły carskie walczyły z Turkmeńczykami, i skutkiem tego  obszar, który jest teraz Turkmenistanem, pozostawał  pod kontrolą Moskwy aż do 1991 r.- upadku ZSRR. Dla Turkmenów porażka pod Geok-Tepe to była katastrofa, stąd jej wspomnienie w Centrum.

W Centrum jest muzeum, budowle, pomniki, płaskorzeźby. Część z nich kiedyś stała w centrum Aszchabadu, teraz  zebrano je razem i postawiono  w jednym miejscu na obrzeżach. Zwrócił moją uwagę pomnik byka z brązu postawionego na wysokim podium, którego rogi rąbały ziemię. Nawiązuje do starożytnej legendy o byku (byk symbolizuje  potęgę), trzymającym się za rogi solidnej Ziemi. Na byku – złote dziecko, przedstawia uratowanego z trzęsienia ziemi  pierwszego prezydenta Turkmenbaszę. „Posąg Byka”, wysokości  22 m, reprezentuje sumę poszczególnych cyfr roku 1948, roku trzęsienia ziemi. Z obowiązku muszę dodać, że „Pomnik Enemehri” ofiar II wojny światowej ma 33 metry, co oznacza liczbę cyfr w dniu niemieckiego poddania się - 9.05.1945 r. (wg jeszcze kalkulacji ZSRR).„Wieczny Ogień” – pomnik mierzy 45 metrów, co stanowi rok 1945 r.

Jest jeszcze pomnik przedstawiający Matkę z pochyloną głową w kierunku syna. Został zbudowany na pamiątkę bohaterów innych bitew o ojczyznę.

Jedna z 15 płaskorzeźb z brązu została zarejestrowana na liście Guinnessa jako „Największa płaskorzeźba z brązu na świecie”.

Meczet Ertuğrul Gazi (na 5 tys. wiernych) był postawiony współcześnie w 1998 r. ku czci ojca Osmana I, założyciela Imperium Osmańskiego. Posiada cztery minarety i centralną kopułę. Dość bogato wewnątrz dekorowany, troszkę przypomina Błękitny Meczet w Stambule. Akurat trafiliśmy na modły. Z ciekawością patrzyłam na ważne osoby, czyli nauczycieli  praw religijnych  tej odmiany islamu (szyici),  których nazywają -  “mułła”; dostojnie wyglądali w swych wielkich czapach i z brodami. Nie chcą, aby im robić zdjęcia, ale jeden z nich zrobił wyjątek…

Nie odwiedziłyśmy żadnego z muzeów, pomimo, że podobno Muzeum Dywanów jest bardzo ciekawe. Ale po wizycie w Iranie, Omanie i przed wizytą w Azerbajdżanie, gdzie dywany pełnią wiele funkcji w życiu człowieka, odpuściłyśmy sobie spory wydatek - 25 $.

W Aszchabadzie znajduje się parę bazarów, a ja tak kocham bazary. Przewodniki opisują jeden z nich o nazwie: “Tołkuczka”, czyli ”posuń się troszkę” Dzisiaj Tołkuczka  nazywa się “Altyn Asyr” czyli “Złoty Wiek” i nie posiada ducha turkmeńskiego; betonowe i blaszane  pawilony wszystko zepsuły. Dzięki uprzejmości władz biura - zabrano nas tam (8 km za miastem) i …wielkie rozczarowanie. Najlepszym bazarem okazał się  Bazar Rosyjski, odwiedzony przeze mnie dzień wcześniej.  

Pewnego wieczoru w restauracji obok hotelu pojawiła się dekoracja , więc - zapachniało weselem. Jak to zwykle robię, zapytałam się, gdzie jest panna młoda i czy mogę popatrzeć. Reasumując - zaproszono mnie do słołu, pojadłam i potańczyłam. Zaznaczam, że alkohol był tylko na jednym stole i tam siedzieli sami mężczyźni. Była orkiestra i wodzirej. Na ścianie wyświetlano sceny weselne. Posłuchałam o zwyczajach, o tym, że aby poślubić kobietę z Turkmenistanu, trzeba zapłacić (to się nazywa “kołyn”) przyszłej teściowej i to kwotę niebagatelną średnio - 10 tys, opowiadał mi jeden pan (chwalił się), że nawet - 40 tysięcy - uwaga - dolarów. Majątek, szczególnie, w tamtym kraju. Nawet jeden z moich kierowców (Achmed) nie chciał Turkmenki za żonę - tylko Rosjankę (za darmo!) - ale matka się nie zgodziła. Pieniądze są przeznaczone na suknie i biżuterie panny młodej, ale też np. na meble przyszłego domu. Jeśli młodzi się kochają i są ze sobą od dawna, to wchodzi w grę tzw. porwanie…Aby się wykręcić od płacenia. Wesele, na którym byłam było na skromne 350. osób, bo normalnie – to, podobno, 1000. gości się bawi. Byłam zdumiona, jak po tańcach podeszła do mnie pewna pani i wręczyła piękną chustę w kwiaty - to okazało się, że to takie podziękowanie za uczestnictwo (co innego otrzymywali mężczyźni, dzieci - koszulki z rysunkami). Wychodząc wręczono mi bukiet suszonych ziół kwiatów (juzerlik), aby je powiesić nad drzwiami w domu, bo to "odgania złe moce". Takie bukiety są też sprzedawane na bazarach. Mój był "ślubnie" obwinięty w kolorowy celofan. Dowiozłam go w całości i wsadziłam do wazonu.

Bardzo wzruszające było spotkanie z panią Reginą, lat 89. Pojechaliśmy tam z księdzem. Mieszka “kątem” w starym budynku, straciła męża, dzieci umarły. Jej siostra mieszka w Rydze. Wyjechała w 1941 r. z Warszawy, gdzie mieszkała przy ul. Grochowskiej. Rodzina ukrywała Żydów i ktoś doniósł, musieli się wynieść z domu. Pracowała w fabryce, zajmowała się szyciem. Jedynie co pamięta po polsku to modlitwa “Ojcze nasz”. Miała dobre ręce  i nawet chciała nas poczęstować bułeczką. Zapytała, czy jeszcze może się spotkamy… Na ścianie pokoju wisiał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Wspólnie odmówiliśmy modlitwę Pańską.

Pierwszą osadą czasów starożytnych, które odwiedziłam była Nisa -18 kilometrów od stolicy. Pojechaliśmy tam, aby zobaczyć stanowiska archeologiczne starożytnego miasta Partów. W VI-V w.p.n.e. był tu ważny ośrodek, będący w pewnym okresie stolicą dawnego Imperium Partów. Partowie utrzymywali szerokie wpływy Azji Środkowej od III w.p.n.e do III w n.e. Mogłam oglądać pozostałości warownej cytadeli, fragmenty murów z basztami oraz resztki rezydencji, a także świątyni i skarbca. Wszystko to było nieźle opisane na tablicach. Chodziłam wśród ruin budowli wzniesionych z cegły. W samych ruinach można było zobaczyć kamienne i ceramiczne kolumny czy terakotę. W 2007 r. kompleks ruin w Nisie wpisano na listę UNESCO. W zasadzie takie ruiny może nie robią wrażenia dopóki człowiek nie uzmysłowi sobie, co one przedstawiają i jaką przypominają historię...
Nowa Nisa  to (obowiązkowo) białe budynki z zielonymi dachami.

Jedziemy samochodem dalej na północ. Na szosie wolnym krokiem snują się wielbłądy. Pejzaż ten sam: piaski, troszkę zieleni, rurociągi z wodą i rury z gazem. Głównym produktem eksportowym Turkmenistanu  jest ropa  i gaz ziemny. Za czasów panowania Turkenbaszy mieszkańcy  nie musieli płacić za gaz, prąd i ogrzewanie. Teraz trochę się zmieniło, bo Rosjanie mniej importują. Ale w dalszym ciągu za te media płaci się grosze. Więcej kosztują liczniki, które są w tej chwili zakładane w mieszkaniach niż wynosi opłata za wodę, stwierdziła znajoma Ormianka, o której, oczywiście, jeszcze napiszę. Benzyna w dalszym ciągu jest bardzo tania (ok. 1,50 zł. za litr), a co się z tym wiąże - tanie są bilety samolotowe czy transport samochodem. Te udogodnienia miały na celu  “przekupienie” społeczeństwa. Nie wiem, może niektórzy ze strachu nie buntują się? Bo są tego konsekwencje. Unikałam rozmów na tematy polityczne.

Jedziemy dalej. Po drodze odwiedziłam Erbent - wioskę pustynną, która bardzo mnie rozczarowała. Zawsze lubiłam wioski i ich mieszkańców. W Erbent zabrakło mi tego, żeby popenetrować i pogadać. Zobaczyłam jednopiętrowe budynki, jurty, wielbłądy, stare piece i ....bałagan. Pomnik z czasów radzieckich w centrum wioski upamiętniał jedenastu zwolenników socjalizmu, którzy zginęli podczas walk w 1931 r. zabici przez ludzi reprezentujących antybolszewicki zbrojny ruch narodowo-religijny (Basmaczi).  Siedzący pod meczetem starcy zachęcali do rozmowy, ale...nie było czasu!

Mijaliśmy wzdłuż szosy płonące dziury, które jako pierwsze zrobiły wrażenie. W dole ziemnym, obok szosy płonie, okazuje się, gaz. Dziwne. Ale  Wrota Piekieł przewyższają wszystko. Żadna "dziura" nie jest tak ognista jak Darwaza.

Darwaza, to symbol Turkmenistanu. Miejsce położone jest około 250 km od stolicy na pustyni Kara Kum. "Darwaza" oznacza po turkmeńsku bramę/wrota, stąd wzięła się potoczna nazwa zjawiska, o którym opowiem. Miejsce zasłynęło z tego, że w latach 70 -tych ubiegłego wieku, tutaj właśnie radzieccy naukowcy poszukiwali złóż gazu. Podczas odwiertu ciśnienie pod ziemią gwałtownie spadło i kawał gruntu skalnego zapadł się. Z powstałej dziury zaczął ulatniać się gaz ziemny. By nie uchodził do atmosfery i nie zagrażał ludziom, radzieccy specjaliści postanowili go podpalić. Całość miała sama zgasnąć po kilku dniach. No i co? Złoże okazało się na tyle bogate, że pożar trwa do dziś i nie ma sposobu, aby go ugasić, bo po co, skoro przyciąga turystów. Poczujcie klimat. Jestem na pustyni, ciemna noc, gorąco, a powodem - płonący gaz. Krater można obejść dookoła, ale są miejsca gdzie temperatura mnie przerażała. Bałam się, że aparat fotograficzny mi się roztopi. Sporo (relatywnie) turystów pstryka zdjęcia i patrzy na ogień. To nic innego jak wielka dziura w ziemi: 70 m średnicy i głębokiej na 30 metrów - od około 50 lat nieustannie płonie ogniem. Nie na próżno, więc, to miejsce nazwano Wrotami Piekieł. Najpiękniej wygląda nocą. Dlatego w niedalekiej odległości od dziury postawiono jurty (wyposażone w szafki i łóżka), można też rozbić namiot, są prysznice, agregat wieczorem pozwala na kąpiel w ciepłej (!) wodzie, są i miejsca na piknikowanie. Oczywiście wszystko pod kontrolą. Międzynarodowe towarzystwo zostało przez organizatorów nakarmione, i szybko poszliśmy oglądać ogień. Rano w świetle dziennym wyglądało to inaczej, ale też imponująco. Atrakcją była przejażdżka na koniu lub wielbłądzie. Kto chciał.

Z Darwaza po doskonałym wieczornym pikniku i jednej wspaniałej nocy w jurcie oraz pysznym śniadanku  w plenerze pustynnym z wielbłądami i końmi w tle oraz z tyłu z płonącym ogniem, pojechaliśmy samochodem dalej na północ. Miałyśmy zwiedzić   
 Konye Urgench (też wpisane w 2005 r. na listę UNESCO), gdzie znajdują się nieodkryte do końca ruiny stolicy, starożytnego miasta z XII w. Stary Urgench był jednym z największych miast na Jedwabnym Szlaku. W XII/XIII w. przeżywał złotym okres ponieważ przewyższał pod względem ludności i sławy wszystkie inne miasta Azji Środkowej, z wyjątkiem Buchary (Uzbekistan). W 1221 r. miasto zostało zrównane z ziemią przez Czyngis Chana. Miasto odbudowano. Jednak rzeka nad którą leżało - Amu Daria zmieniła bieg, a i Timur też się do tego przyłożył,  że miasto znowu opustoszało, tym razem w tym miejscu - na zawsze. Najbardziej rzucającą się w oczy istniejącą budowlą Starego Urgench jest wybudowany w początkach XI w. minaret Timura (Temüra) Kutługa, który ma 62 m wysokości. Oprócz tego są trzy mauzolea, w tym mauzoleum Il Arslan – najstarszy istniejący zabytek; to stożkowa kopuła , osłaniającej grób dziadka Mohammeda II, właśnie - Il Arslana z XII w.
Po dwóch dniach zwiedzania i podziwiania - samolotem z miasta Daszoguz leżącego na północy tuż przy granicy z Uzbekistanem, przylecieliśmy do Aszchabadu.
Ludzie pisali, że samoloty turkmeńskie są niebezpieczne,  ja szczęśliwie doleciałam do stolicy.

Następny wypad, tym razem na wschód, z Artiomą. Dzięki uprzejmości pana dyrektora odwiedziliśmy stadninę 70 koni. Jest tu aż dziewięć championów: konie białe, czarne, brązowe i w różne łatki. Pracownicy zaprezentowali nam pupili, co one potrafią: dygać, kłaniać się … Jeden z koników- był 30-letnim staruszkiem: biały w kropki.  Ale i są 8 miesięczne dzieciaczki. Można poczęstować konie cukrem. Taki ładny dodatek do wycieczki, szczególnie, że to kraj, gdzie koń jest tak ważny w życiu państwa i ludzi.

Po drodze wysiadamy w Anau, a potem Abiverd. To pierwsze miejsce  czyli “Nowa Woda” zamieszkałe było już w 5-4 tys.p.n.e., a odkryte dopiero na początku XX w. Słynie z meczetu Seyit Jemaletdin, miejsca pochówku szejka, właśnie o tym nazwisku. Meczet został całkowicie zniszczony podczas trzęsienia ziemi w 1948 r. Dziś jest  miejscem pielgrzymek. Pary bezdzietne przynoszą ubrania dla dzieci jako ofiarę i lalki. Ponadto, co mnie zdumiało: kobiety zostawiają zwykłe spinki do włosów (aby być mądrą!), wszyscy: klucze do mieszkań (aby dostać mieszkanie) i pieniążki.

 Zaś Abiverd wygląda jak duży teren z ruinami starożytnych, ceglanych budowli przypominającymi dramatyczną, skomplikowaną historię, dawną potęgę i luksus. Znalezione różne ręcznie robione wyroby z metalu i ceramika, leżą na murach lub małe ich kawałki - wśród trawy - świadczą o tym (tak twierdzą znawcy), że miasto miało warsztaty rzemieślnicze. Reszta rękodzieła – oczywiście jest w muzeach.

Jadąc samochodem mijamy liczne, większe i mniejsze wzgórza. Artioma wytłumaczył, że to nie naturalne wzniesienia, tylko sztucznie, utworzone przez człowieka; w czasach starożytnych, pełniły rolę obserwatorium - czy wróg nadchodzi. Przejeżdżamy obok miejscowości Bajmarmali. To miasteczko i uzdrowisko, gdzie lecza nerki i serce, posiadające świetny klimat. Informacja dla chorych na nerki: tutaj zalecają jeść dużo  arbuzów i pić wodę! Tylko skąd w Polsce wziąć takie arbuzy?

Już pisałam troszkę o zabytkach. Ale największą sławą cieszy się Merw. Leży koło współczesnego miasta Mary. Starożytne Merw to miasto
 tysiąca i jednej historii. Jego mury obronne okrążają przestrzeń około 400 ha, a ich pochodzenie datuje się na XI/XII w. Same początki miasta sięgają panowania perskiej dynastii Achemenidów, czyli ok. V w.p.n.e. Dalej dzieje były burzliwe i nie chcę nikogo zamęczać W telegraficznym skrócie: po panowaniu Greków, miasto przejęli Sasanidzi, a następnie Arabowie. Dzięki korzystnemu położeniu Merw świetnie prosperowało i szybko zyskiwało na znaczeniu – w okresie panowania Arabów było ważnym ośrodkiem intelektualno-religijnym, dorównującym znaczeniem Samarkandzie i Bucharze (Uzbekistan). Działały tu liczne medresy, kształcące wybitnych myślicieli i kapłanów. Co jest ważne: w IV wieku p. n. e. osada została odnowiona przez Aleksandra Wielkiego – założył tutaj kolonię pod nazwą Antiochia Margiańska i tak właśnie określa się Merw
A więc przez lata Merw był miejscem, gdzie krzyżowały się wpływy Wschodu i Zachodu dzięki kupcom podążającym Jedwabnym Szlakiem. W tym mieście przenikały się różne religie – do dzisiaj zachowały się w Merw ruiny zoroastryjskich, buddyjskich, chrześcijańskich i islamskich świątyń.  Miasto przeżywało swój rozkwit w XI i XII w., kiedy stało się stolicą państwa Turków Seldżuckich. Przez kilka lat Merw był też siedzibą kalifa czyli duchowego zwierzchnika wszystkich muzułmanów. W XII wieku liczył 200 tysięcy mieszkańców i był największym miastem ówczesnego świata. Miasto zniknęło w XIII w. (1221 r.) dzięki armii Mongołów pod wodzą syna Czyngis Chana, którzy je zdobyli, wódz kazał zamordować mieszkańców. Zniszczyli domy, meczety, i pałace. Merw zostało odbudowane, ale nigdy nie powróciło jednak do świetności z poprzednich wieków. Pozostało jednak jako znaczące miejsce na szlaku handlowym. Koniec istnienia Merwu nastąpił pod koniec XVIII w.; wtedy to emir Buchary wysiedlił wszystkich mieszkańców. Za czasów rosyjskiego caratu do Merw zsyłano nieposłusznych oficerów.
Oglądałam Merw chodząc z miejscowym kierowcą o imieniu Surgen - po ogromnym terenie archeologicznym, gdzie parę turystów (szkoda!) i naukowcy szukają śladów dawnej świetności. Musi zadziałać wyobraźnia – patrząc na domy, pałace, mauzolea (a niektóre świetnie odnowione). To “Gyz Gala” (twierdza kobiet), a to “Ogłan Gala” (twierdza mężczyzn); Surgen wiedział o Merw chyba wszystko. Kochał historię i swoje miasto. Dlatego z wielka przyjemnością słuchałam o historii, która tu się odegrała.
Jak ktoś dorzucił kamieniem z twierdzy mężczyzn do twierdzy kobiet, to przysługiwała mu wybranka za żonę, a była to całkiem duża odległość – taka to opowiastka! 

Najstarsze mauzoleum Ibn Zeyd, to oryginał z XII w. W środku grobowiec świętego, drugi grób - nieznany. Wszystko w ogrodzie z drzewami, na których powieszono wstążeczki i laleczki. W oddzielnym budynku piliśmy herbatę ze strażnikiem (urokliwy starzec z brodą) budowli.

Ile tu obiektów! Nie sposób i nie ma potrzeby, aby je opisywać. Polecam stosowną lekturę.

Na koniec: mauzoleum sułtana Sanjara  - VIII w z dwoma kopułami widocznymi kiedyś na 40 km. W środku wspaniałe echo. Budynek jest rekonstrukcją wykonaną dzięki pomocy Turków.A przy świątyni jest  kuchnia, gdzie  można przyrządzić posiłek i sala biesiadna gdzie rodzina może go wspólnie i z innymi wiernym lub gośćmi – zjeść Do mauzoleów przyjeżdżają pielgrzymi i, jak nakazuje zwyczaj, częstują przygotowanymi przez siebie posiłkami. Nazywa się to “sadaka”.Na poczęstunek najlepiej odpowiedzieć: “Kabuł bołsun” – “niech będzie podziękowanie za to co robicie”.

I tym razem znowu nie mieliśmy dużo czasu jak ja tego nie lubię, jak jestem sama, zawsze mam czas na takie spotkania!

Mieszkaliśmy w Mary, nowym mieście po sąsiedzku. Mary też jest warte odwiedzenia. Z hotelu  leżącego przy głównej ulicy łatwo dojść (mostem przez rzekę) do najpierw Pałacu Zjazdów, przed którym stoi złoty prezydent, potem pięknej narodowej biblioteki z obserwatorium astronomicznym, vis-a-vis której jest teatr, a potem do wielkiego i pięknego meczetu. W teatrze wpuszczono nas na widownię, aby zobaczyć jak ona wygląda. Grano sztukę autorstwa…prezydenta. Co to było? Chyba jakaś bajka, sądząc po strojach. Widownia zapełniona w około mniej niż połowie. Dalej mieści się nowa siedziba muzeum historycznego, bardzo efektowny budynek a w około park. Idąc w drugą stronę mija się bazar, pomniki i parki. A propos pomniki: skręcając w bok dochodzi się do dziwnego monumentu. Na fotelu z założoną nogą na nogę siedzi w pozie prezydenta Kennediego – prezydent Turkmenistanu, oczywiście obecnie panujący. Nie ma wątpliwości, że jest to celowe ustawienie postaci.

Pomnika ofiar wojny ojczyźnianej, nie można z bliska fotografować, bo przypadkiem można ująć żołnierza pełniącego przy pomniku dyżur (nie - wartę) Musiałam przejść na drugą stronę ulicy. Absurd! Mam aparat z dobrym zoomem. A w ogóle to po co mi buzia żołnierza?

W mieście jest też rosyjska cerkiew, zwana Pokrowskaja; ładny budynek z czerwonej cegły położony w parku, gdzie zaczepiały nas bawiące się dzieci. Wewnątrz - mnóstwo ikon, w tym moja znajoma Matrona. Odsyłam do opowieści z Kazachstanu.

Samolot odlatywał dopiero o 23:30 więc wróciliśmy z Mary do stolicy samochodem z Surgenem. Towarzyszyła nam jego matka, która jechała na spotkanie-rozmowę do konsulatu w sprawie otrzymania wizy do Stanów Zjednoczonych. Jej córka, a siostra naszego kierowcy, tam mieszkała.

Mijaliśmy przydrożne stragany z pysznymi, podobno w tej okolicy, najlepszymi – arbuzami, melonami, tykwami.  Widzieliśmy najdłuższy, bo liczący  ok. 1450 km (drugi pod względem długości na świecie) kanał łączący rzekę Amu Darię  i wpadający do morza Kaspijskiego, wybudowany za czasów ZSRR. Płynie oczywiście przez pustynię Kara Kum. Dostarcza wodę służącą do nawadniania gruntów rolnych, głównie pod bawełnę i zaopatruje w wodę kilka dużych miast, w tym stolicę i właśnie miasto Mary.

Następnego dnia, znowu wycieczka, tym razem na zachód od Aszchabadu z kierowcą o imieniu Rasun. Najfajniejsza była tego dnia  wioska Nokhur leżąca na wysokości ok.1000 m wśród gór Kopet Dag. Zamieszkuje ja lud-plemię zwane Nokhurli,  mówiący dialektem nie do rozpoznania przez innych.  Plemię z Nokhur od stuleci zachowało swoją unikalną kulturę, tradycyjne rzemiosło i architekturę, było poligamiczne!  Według legendy  nazwa wioski pochodzi od biblijnego proroka Noego. Mieszkańcy wyjaśniają różnorodność flory i fauny wioski tym, że   syn Noego (Nukh), wypuścił wszystkie zwierzęta i ptaki i zasadził tu nasiona, które były przechowywane w Arce.

Malownicza wioska Nokhur na górskim płaskowyżu składała się z  dwupiętrowych glinianych domów o unikalnej architekturze,  pokrytych winoroślami. Ludzie - szli uśmiechając się życzliwie. Przy strumyku stare drzewo jaworowe (ciągle rosnące) posiadało w pniu otwór, które może pomieścić kilka osób. Na obrzeżach i pewnej wysokości  było specjalne miejsce do składania życzeń – to Giz Bibi, wąska szczelina w skale, którą miejscowi uważają  za jedne z drzwi do raju. Wiąże się z tym miejsce legenda o dziewczynie, która uciekała przed bandytami. Modliła się, aby nie zrobili jej krzywdy. I wtedy rozstąpiła się ziemia i skały ją ukryły.

No i cmentarz (a w zasadzie - dwa cmentarze) plemienny. Prawie każdy grób był oznaczony drewnianym słupkiem ozdobionym rogami kozła górskiego. Ludność miejscowa od  zawsze uważała kozy górskie za święte zwierzęta ze względu na ich siłę i wytrzymałość. Twierdzą, że kozie rogi zwalczają złe duchy i pomagają duszom zmarłych zapewnić bezpieczne przejście do nieba. Oznacza to, że  rytuały pogrzebowe były (i są) przesiąknięte animizmem. Chociaż plemię z Nohur wyznaje islam, to miesza się on ze starszymi wierzeniami. Na grobach zawieszane są kolorowe chusty- tak jak u nas kwiaty.

Są dwie legendy, które nam opowiedział Rasun dotyczące rogów na grobach. W wiosce żył  kapitan Godź (Rogi) Achesz Godinorat Adas (czy jakoś podobnie); wielce szlachetny człowiek. I teraz ludzie uważają, że chowając bliskich oddają w ten sposób cześć kapitanowi.

Druga legenda: do wioski przyjechał Aleksander Macedoński zostawiając swych ludzi już niezdolnych do służby wojskowej. Oni osiedlili się w wiosce, ożenili, potem zostali pochowani po śmierci. Istnieje  moneta  przedstawiającą głowę Aleksandra z koźlimi rogami. Rogi były symbolem egipskiego boga od którego Aleksander miał pochodzić. Przedstawiony z tymi boskimi rogami, Aleksander osiągnął status boga. Wytłumaczenie?

Schodząc schodami z Giz Bibi spotkałam miejscowych, którzy jako pątnicy przyrządzali posiłek. Zgodnie ze zwyczajem  “sadaka” zasiedliśmy do…. dywanu na ziemi. „Hoszgeldinil”  oznacza „witajcie”, „Hudaj joły” (piszę fonetycznie): „witajcie z Bogiem”, i tak nas zaprosili: dwie turystki i my z naszym kierowcą degustowaliśmy wspólnie płow.

Po drodze do Nohur u podnóża gór jest słynne podziemne jezioro Kow Ata, co oznacza „ojciec jaskiń”. Jaskinia, do której się schodzi po schodach na głębokość ok. 65 m, ma (podobno) wysokości 20 m i długości 230 m. Temperatury wody (ok.+36 stopni C.) też nie sprawdzałam, bo po prostu do jaskini nie weszłam, chociaż kąpiel ma charakter zdrowotny ze względu na siarkę zawartą w wodzie. W około był ładny park z kawiarenkami, więc zostałam na powierzchni, gdzie wystarczająco było ciepło.

Całkiem blisko Aszchabadu w Geok Depe jest współczesny meczet, postawiony w miejscu fortecy z 1881 r. Pamiętacie? To data klęski pod Geok Depe z Rosjanami. Ważna data. Meczet Saparmurat Hajji został zbudowany w latach 1994-1995 r. na pamiątkę żołnierzy, obrońców tej twierdzy. Pierwszy prezydent poszedł z pielgrzymką do Mekki i wrócił…z forsą! Zalecał to robić każdemu obywatelowi. Tak opowiadał  Rasun.

W ramach wycieczki po Turkmenistanie jechałam też pociągiem: z Aszchabadu do Turkenbaszy. To nowa nazwa miasta Krasnowodzk (Czerwona Woda). Miasto leży and morzem Kaspijskim. Przedzielają je góry. W 1942 r. przez Krasnowodzk ewakuowały się wojska gen. Andersa do Iranu.

W pociągu – czysta pościel i cały przedział do dyspozycji, bo biuro wykupiło cztery miejsca. Kipiatok (wrzątek) też był dostępny, tak, więc kawusia poranna była możliwa.

Jeden opiekun wsadził nas wieczorem do pociągu, a drugi (Łeba) rano spotkał na peronie pięknego dworca w Turkmenbaszy. Po świetnym śniadaniu w miejskim barze (pyszna rybka kefal z morza) i krótkim obejrzeniu miasta z okien samochodu pojechaliśmy, aby podziwiać jeszcze jeden cud przyrody: kanion Yangykala. Yangykala znaczy „ognista twierdza”. Jadąc samochodem z kierowcą o imieniu Tojli (znaczy: “ślub”), wśród piasków pustyni mijałam po drodze pasące się owce i wielbłądy. Skręciliśmy w bok od szosy i czekała nas długa jazda po krętej drodze. Tojli kazał się wirtuozem kierownicy: pędził przez wijące się wertepy. Piękna okolica, nieliczne domki (w tym dawna rezydencja byłego prezydenta); przystanek przy pustynnym sklepiku, gdzie można było się napić herbaty. Obok śmiejące się dzieci. Pan na ziemi dzielił mięso z wielbłąda. Takie życie. Przypominam, że Turkmeni jedzą wszystkie rodzaje mięsa oprócz koniny. Oczywiście fotki obowiązkowe

Pod nogami droga, a wokół skały i piasek. Wapienne formacje skalne przybierały biały, różowy, szary, pomarańczowy i inne odcienie kolorów - i zachwycały. Kanion jest piękniejszy niż ten piękny - Szaryński w Kazachstanie; (odsyłam do wpisów o Kazachstanie). Nie można po nim chodzić, ale patrzeć z góry i podziwiać. Ma ponoć 25 km długości. Pokazują łeb krokodyla ze skał, ale to nie ważne, ważna cała reszta, która wzbudza zachwyt. Chętni turyści mogą wybrać nocleg w namiocie i podziwiać gwiazdy, ja jednak wybrałam dom pielgrzyma w Gozli Ata. To interesujące miejsce - pięknie położone, z domami dla licznych miejscowych pielgrzymów, meczetem i pobliskim cmentarzem plemiennym oraz mauzoleami. Jest to, bowiem, jedne z najświętszych miejsc pielgrzymkowych w Turkmenistanie. Gozli Ata (co znaczy „Wszechmogący Ojciec”) był znanym nauczycielem sufickim z XIV w., który studiował w Turkiestanie (obecnie - Kazachstan, w tym mieście byłam, zajrzyjcie do opisu pięknego Turkiestanu, nie mylić z Turkmenistanem!) i miał podobno zdolność do wglądu do środka dusze ludzi. Przy wejściu na cmentarz można przeczytać cały życiorys świętego. Żona Gozli Aty (zmarła pierwsza, ponoć została spalona?) jest pochowana obok w sąsiednim mauzoleum i zgodnie ze zwyczajem odwiedzający muszą najpierw pomodlić się w jej ostatnim miejscu spoczynku. Cała reszta rodziny (mieli trzech synów i dwie córki) jest pochowana w różnych miejscach, też w Uzbekistanie i Iranie. W czasach Związku Radzieckiego nie wolno było obchodzić świąt religijnych, tych przy grobowcu Gozli Ata – również. Pielgrzymi przybywali prywatnie.

Potomek świętego (po jednym z synów), nazywa się “Parachat” czyli “Świat”, ale ma przydomek “Arab” i rozpoczął budowę centrum pielgrzymkowe. Jeszcze nie ma bieżącej wody, ale są umywalnie, są duże sale z dywanami i miejscami do spania, jest kultowo. Dobrze się spało na podłodze, bardzo smakował obfity posiłek też - na podłodze. Szczególnie, że zgodnie z zasadą wiernych, zawsze należy podzielić się posiłkiem z innymi, więc nie tylko nasz kierowca Tojli nam przyszykował ucztę, ale i inni zaglądali zostawiając talerze z jedzeniem.
Rano następny autokar przywiózł lokalnych pielgrzymów, a my wracaliśmy do miasta Turkmenbaszy.

Awaza kiedyś była miasteczkiem/osadą zamieszkiwana przez zwykłych ludzi. Teraz, zgodnie z pomysłem pierwszego prezydenta, ma być wielkim skupiskiem wielkich hoteli nad morzem Kaspijskim – niedaleko (ok. 10 km) od miasta Turmenbaszy. Ludzi wysiedlono. Awaza - cały czas w budowie, ma być (i już jest?) luksusowym kurortem. Pierwszymi budynkami oddanymi do użytku w 2009 r. było osiem wieżowców z hotelami i restauracjami. Koniec budowy zaplanowano na 2020 r. Obecny prezydent oświadczył, że  ma tam powstać 60. nowoczesnych hoteli. Wszystko wygląda kuriozalnie - pusto (podobno było po sezonie, ale nie sadzę, że to główna przyczyna), hotele (przynajmniej ten w którym mieszkałam) wykonany tandetnie - pozornie luksusowy, ale wszytko się sypało, klamka odpadała, drzwi się nie domykały itp. Puste ulice, nad morzem parę osób spacerowało, niektórzy kąpali się, były baseny i parki. Wieczorem Awaza tonęła w światłach. Brak sklepów, a w hotelach żądali od zagranicznych turystów ba...ardzo dużych pieniędzy, oczywiście w dolarach. Zresztą wszystko (oprócz np. bazarów I sklepów w miastach, turysta płaci dolarami, w hotelach inne ceny są dla obcokrajowców a inne dla obywateli Turkmenistanu - w lokalnej walucie - w manatach). Ale ceny w Awaza są absurdalne. Absurdem jest też fakt, że do Awazy nie można wjechać prywatnym samochodem, tylko państwową  taksówką. Mój kierowca Łeba zostawiał samochód na obrzeżu Turkenbaszy i brał taksówkę. Pocieszające jest, że jeżdżą autobusy z miasta, bo pracownicy hoteli przecież muszą normalnie dojechać do pracy.
Taki kraj.

W mieście Turkenbasza odwiedziłyśmy dwie rodzone siostry Ormianki: Lizę i Rimmę, które musiały uciekać przed pogromem Ormian w Baku (wówczas: stolica Azerbajdżanu - republika Radziecka) w 1990 r.

Pokrótce przypomnę tragiczną historię z roku 1990. Będzie to pomocne  też w zrozumieniu tego, co widziałam parę dni później w Baku – np. Alei Męczenników. Historia konfliktu między muzułmańskimi Azerami a chrześcijańskimi Ormianami jest bardzo długa. Wtedy w Azerbejdżanie coraz większe znaczenie zyskiwał opozycyjny Ludowy Front Azerbejdżanu, żądający zdecydowanej rozprawy z Ormianami. W styczniu 1990 r. przez ulice Baku  przemierzały bojówki azerskie. Gromady  demonstrantów ruszyły na miasto, by „walczyć z wrogami narodu”. W prawie 2- milionowym Baku mieszało wówczas ok. 230 tysięcy obywateli narodowości ormiańskiej. Domy należące do nich były grabione, demolowane, podpalane. Ludzi - ofiary bezlitośnie bito i torturowano, mordowano. W nocy z 19 na 20 stycznia rozpoczęła się radziecka interwencja wojskowa. Na ulice Baku wjechały czołgi. Zginęli ludzie, też mnóstwo Azerów. Dlatego dzień 20 stycznia jest teraz w Azerbajdżanie świętem, ale to już opowiem przy okazji zwiedzania  Baku. Celem akcji ZSRR była ochrona  swoich interesów na Zakaukaziu i  uratowanie ekipy komunistycznej rządzącej Azerbejdżanem. To bardzo uproszczona wersja tej historii.

Liza, Rimma i ich dwie siostry oraz rodzice opuściły Baku. Kontakt do nich dostałyśmy od księdza z Aszchabadu. Przyjmowały nas po królewsku. Domowe jedzenie (np. faszerowana kapusta czy nadziewane pomidory, rybki z morza), zakąski i …koniaczek. Trzeba dodać, że im się nie przelewa. Żyją wyizolowane od rzeczywistości wśród innych Ormian. Żyją swoją świetną przeszłością. Wiedziały za to, że za czasów Związku Radzieckiego wszystko było za kopiejki a teraz… Wspominały dawne czasy ze łzami w oczach. No, cóż. Posiadają dużą wiedzę dotyczącą literatury, sztuki i historii. A w telewizji oglądały kanał polski -Polonię! Rozmawialiśmy, oczywiście, po rosyjsku. Żyją w malutkim mieszkanku, gdzie balkon przerobiły na drugi pokój. Mieszkanko mieści się  w starym, zaniedbanym budynku. Chociaż mają łazienkę to tylko teoretycznie,  bo wody w kranach brak od rana do ok. szóstej wieczór. To Awaza, kurort nam zabiera wodę, stwierdziły. Nie wiedziały ile turyści płacą i to w walucie. Łapały się za głowę. Czułyśmy się u nich, jakbyśmy się już znały od dawna. Rimma schorowana bardzo, pięknie śpiewała. Tyle okazały nam serca, Chciały nam wszystko ofiarować, ale my im tłumaczyłyśmy, że nie możemy wziąć nawet pięknej japońskiej porcelany i innych dobroci, które im pozostały. Ale chyba my im też sprawiłyśmy radość, bo samotność to rzecz straszna.

Nasza wycieczka kończyła się w mieście Turkenbasza po powrocie z Awazy. Stąd planowałyśmy wypłynąć promem do stolicy Azerbajdżanu – Baku. Wiadome było wcześniej, że nie wiadomo (właśnie) kiedy będzie prom wypływać, dlatego wizę miałyśmy przedłużoną z góry o parę dni. I rzeczywiście czekałyśmy na prom jeszcze dwa dodatkowe dni. Nie nudziło nam się, bo miasto warte było spacerów, a i siostry nas zapraszały w odwiedziny. Zaproponowały nocleg i dotarło to do biura. Trzeba było słyszeć błagalne słowa ”ja bardzo proszę, bardzo proszę nie wolno wam nocować prywatnie, idźcie  z wizytą, ale musicie spać w hotelu.  Nie chciałam robić nikomu  na złość; cena najtańszego, ale przyzwoitego  hotelu wynosiła 46 $ za pokój dwuosobowy, nie było najgorzej.

Zwiedziłyśmy cerkiew, do której chodzą siostry, bo kościoła ormiańskiego – nie ma. Ale bazar był moim ulubionym miejscem. Gwarnie, kolorowo i można pogadać, potargować. Tu wydałam ostatnie, jak to mówią, kopiejki.

Kierowca nas pilnował. Wydzwaniał do hotelu i szukał w porcie. Tam dowiedział się, że już kupiłyśmy bilety na prom. Chyba mu ulżyło. W dniu wypłynięcia  promu przyjechał do hotelu i odwiózł nas do portu.  Nastąpił koniec wycieczki.

Liza, która może, w miarę sprawnie, chodzić, wezwała taksówkę ze swego domu  do portu, gdzie czekałyśmy na prom płynący do Baku. Przyjechała z wałówką, ale jaką! Domowe dania i tradycyjne kanapki, inne łakocie. Słoik z miodem przywiozłam do Warszawy. Będziemy utrzymywać kontakty.

Na tym nie koniec. Czekałyśmy od 11:00 przed południem do 21:00. Ale na tym nie koniec. Odprawa trwała cztery godziny! I znowu czekanie w środku na ławkach (sklepy zamknięte, barów- brak). I wreszcie weszłyśmy wraz z innymi (w tym z dwoma Polakami) na prom. Cudzoziemców reprezentowała  nasza czwórka i dwóch Japończyków, reszta to wiozący wielkie toboły Turkmeni (pościel i ręczniki na handel do Azerbajdżanu). Po pańsku zakupiłyśmy kajutę, koszt - łącznie 130 $. Uwaga - Turkmeni płacą 80 manatów, czyli wg kursu banku niecałe 23 $, wg kursu czarnego rynku …4 $! W cenie – była najpierw kolacja i rano - śniadanie!. Płynęliśmy ok. 16 godzin; Ale to nie koniec w nowym porcie k. Baku czekaliśmy, czekaliśmy i czekaliśmy. Zegarki trzeba było przesunąć o godzinę. Minęła 14:30 czasu lokalnego. Nas, cudzoziemców odprawili  pierwszych. O 18:30 wsiedliśmy do podstawionego autobusu. Od chwili przyjazdu do portu w Turkenbaszy minęło 34 godziny. Witajcie w Azerbajdżanie.