Botswana i Zimbabwe - 2012r.

 

W 2012 r. postanowiłam zachwycić się  pięknem przyrody i zobaczyć cuda natury powszechnie podziwiane przez turystów, czyli deltę rzeki Okavango w Botswanie i  wodospady Wiktorii na granicy Zambii i Zimbabwe.  Te dwa miejsca stosunkowo łatwo  odwiedzić  w trakcie jednej eskapady, kraje graniczą ze sobą,  a  przekraczanie  granicy  Botswany nie wymaga wizy.  Jak zwykle decyduje cena za bilety samolotowe - wyszukuję najtańsze – w ten sposób problem wyboru trasy sam się rozwiązuje. Mogę zobaczyć rozlewiska rzeki Okavango, aby potem, drogą lądową, dotrzeć nad wodospady i to koniecznie od strony Zimbabwe, bo tam widać cały ich ogrom i urok. Nie ukrywam, że pominęłam Zambię również dlatego, że wydała mi się krajem za bardzo turystycznym w porównaniu z tajemniczym Zimbabwe. No bo kto jedzie tam, gdzie króluje Wielki Mugabe, a gospodarka poległa po odzyskaniu niepodległości w 1980 r. Czytając przewodnik  i  buszując po Internecie, dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o tym kraju.  Książka zachęcała też informacją, że  Zimbabwe zamieszkują najsympatyczniejsi ludzie w Afryce  - co w tej chwili również potwierdzam.  Wszyscy byli uczynni i przyjaźnie nastawieni na widok turysty,  może za wyjątkiem pewnego bardzo młodego, może dwuletniego człowieka, który na mój widok zbladł (?) i jakby zobaczył zjawę  zaczął histerycznie płakać wciskając twarz  w chodnik, aby nie widzieć potwora, czyli mnie. To się zdarza. Wszyscy w około czarni a tu nagle  Biała (?) Dama(!).

...

 

Maun to małe miasteczko nad rzeką Thamalakane, jedną z wielu należących do kanałów delty. Zwane jest stolicą turystyczną Botswany, stanowi punkt wypadowy  na liczne safari i atrakcje, jakie daje pobyt nad deltą  Okavango. Samo  miasto to nic ciekawego. Ważne, że są tu liczne hotele – nasz kemping uchodził za najfajniejszy, bardzo popularny, bo ładny i do tego niedrogi, położony poza miastem nad rzeką przy starym moście - stąd nazwa kempingu. Liczne, duże namioty wyposażone były w łóżka, szafki, lampkę nocną, jak każdy przyzwoity domek na kempingu. Każdy namiot odseparowany był od innych bambusowym płotkiem, a siedząc na kanapie przed wejściem  można było podziwiać widok,  jak z obrazka, na płynącą wolno wodę, słuchać ćwierkających ptaków: po prostu - raj. Można tutaj też przyjechać ze swoim namiotem, w barze  popijać zimne piwo, zjeść obiad  lub go samemu sobie ugotować, bo jest kuchnia do dyspozycji  turystów, pogadać z licznymi gośćmi lub z sympatycznymi psami czy też kupić w sklepiku pamiątki. Podobają mi się takie miejsca. Czekali na nas,  mimo że nie płaciłyśmy za rezerwację, to też ważne. Od razu  pojechałyśmy do miasta (niestety - taksi), aby zobaczyć,  co jest tam ciekawego (nic), wymienić pieniądze, zjeść obiad, zajrzeć do lokalnego muzeum (za „co łaska”).

Najważniejsze, że zamówiłyśmy lot nad rozlewiskiem. Linii tzw. „scenic fly” obsługiwanych przez  małe samoloty, głównie cesny,  jest cała masa. Przypadkowo wybrałyśmy Mack Air,  po negocjacjach cenowych  zadecydowałyśmy, że polecimy właśnie z nimi. Zasugerowano nam, że  najlepiej lecieć  około godziny 16., kiedy zwierzęta szukają wody  i nie jest tak gorąco, wtedy je najlepiej widać.  W Mack Air można wybrać sobie  pilota, wybrałam pilotkę – jedyną kobietę z katalogu  - i było fajnie. Teren delty jest płaski,  a więc taki lot, można powiedzieć, jest obowiązkowy, aby ogarnąć wielkość i urok mokradeł. Samolot nie może krążyć nad zwierzętami, aby ich nie płoszyć; leci się bardzo nisko -  150 m nad ziemią. 

Następnego dnia czekała nas eskapada, aby te cuda zobaczyć już z lądu.  Delta Okavango to pewnego rodzaju światowy fenomen: rzeka wypływa z wyżyn Angoli, przekracza granicę z Botswaną i rozlewa się  tworząc wyspy, wysepki - istny labirynt  kanałów i lagun. Nie ma ujścia! Rozlewiska delty  to siedlisko licznych ptaków (mówią, że jest ich 460 gatunków), ryb i zwierząt. Wykupiłyśmy więc  trzydniowe tzw. „mokoro trip”, czyli wycieczkę łódkami – dłubankami, zwanymi właśnie mokoro. Dawid z naszego kempingu  był organizatorem wyprawy: najpierw motorówką  z całym ekwipunkiem  do Buffalo Gate, czyli wioski nazwanej nieromantycznie NG32, skąd  zabraliśmy do pomocy chłopców: Mathoyela i Cziczo (miał piękne dredy) oraz przewodnika Jamesa. Przesiedliśmy się na trzy mokoro,  aby  popłynąć na jedną z wysepek - zwaną Żółwicą. Mokoro robione było kiedyś z drzewa zwanego kiełbasianym (naukowa nazwa to „kigelia”: wiszą na nim olbrzymie  „serdelki” - bardzo ciężkie!), ale z oszczędności (drzewo rośnie 50 lat, a łódka wytrzymuje najwyżej 5 lat) teraz zabezpiecza się je  włóknem szklanym. Mokoro płynęło wolno wśród lilii wodnych, paproci  i  trzciny.  Na wyspie rozbiliśmy małe namioty, chłopcy rozpalili ognisko, wykopali w krzakach dół, montując nad nim prawdziwą muszlę klozetową, a obok ułożyli na trawie plastikowy dywanik,  zawieszając na gałęzi wiadro służące jako plenerowy prysznic.

Przez  trzy dni po śniadaniu, a potem około godziny 15., kiedy upał nie dawał się  już tak we znaki,  płynęliśmy  gdzieś i chodziliśmy  po wysepkach, wypatrując  śladów zwierząt i podążając za nimi. Lornetka okazała się bardzo przydatna.

...

Z Maun dojechałyśmy do Nata i tam okazało się, że nie jest tak prosto dojechać  do granicy, czyli miejscowości Kasane. Odjeżdżają tam autobusy, ale przejazdem z Francistown, czyli  załadowane.  Problem sam się rozwiązał: prywatne samochody zabierają pasażerów za cenę biletu autobusowego, nie trzeba nawet się targować. Z Nata do Kasane jechałyśmy nowiutką toyotą z pewną parą; niestety, zabrali  jeszcze jedną pasażerkę - Bardzo Dużą  Murzynkę. Oni luksusowo  z przodu samochodu, my dwie upchane na tylnym siedzeniu razem z  podręcznymi bagażami oraz z obfitą Murzynką. Ciasno!  Droga  była w rozbudowie, stąd mam takie odczucie, że Botswana  staje się coraz bardziej nastawiona na turystykę: lotnisko w Gabrone i Maun w rozbudowie,  no i ta autostrada w kierunku granicy Botswany, skąd wyjeżdża się do Namibii, Zambii i Zimbabwe.

Kasane  to miasteczko, skąd  można  wyruszyć w kierunku parku narodowego Chobe, do którego można też dotrzeć z Moremi, czyli wschodniej części rozlewiska  Okavango.  Ale my  planowałyśmy  tutaj tylko  jeden, już ostatni w Botswanie, nocleg (duże, niedrogie  pokoje w Water Lily Lodge), aby rano przekroczyć granicę z Zimbabwe. Jeszcze tylko spacer, rzut oka na sklepy, obiad w ogrodzie  nad rzeką Zambezi w  urokliwym Old Lodge, oczywiście ze świeżą rybą, i obowiązkowy wywiad, jaki jest koszt dotarcia na granicę z Zimbabwe (około 10 km) i potem  od granicy do miejscowości Viktoria Falls (około 75 km). Żegnaj Botswano!

...

Warto najpierw  dowiedzieć się czegoś  o mało popularnym Zimbabwe. Skrótowo mówiąc, do kwietnia 1980 r. była to Południowa Rodezja ze stolicą w Salisbury (dziś to miasto nosi nazwę  Harare). Brytyjska kolonia nazwana została Rodezją  na cześć jej twórcy  Cecyla Rhodeza. „Zimbabwe” dosłownie znaczy „dom z kamienia”. Nazwa pochodzi od kamiennych ruin pozostawionych  przez  ludy Szona. Potomkowie Szona stanowią około 80% ludności. Chociaż urzędowym językiem tego kraju  jest angielski,  to wszędzie słychać dziwne dźwięki języka szona.

Godło Zimbabwe jest ślicznie skomponowane, warto  je zobaczyć,  ma hasło: jedność, wolność i praca. Akurat! Od czasów zdobycia niepodległości nieprzerwanie rządzi Robert Mugabe: od 1980 r. jako premier, a od  1987 r. jako premier i prezydent w jednej osobie. To on wyrzucił z kraju wszystkich białych, obecnie biali  stanowią około 0,5% populacji. Wielki Mugabe znany jest z tego, że łamie wszelkie prawa człowieka i ogranicza wolność słowa.  Wielu oczekiwało, że pierwszym prezydentem Zimbabwe będzie Józef Tongogara, rywal Mugabe, ale  w grudniu 1980 r. zginął on w „wypadku samochodowym”. W wielu miastach Zimbabwe, na przekór logice, są ulice jego imienia, a tą kryminalną historię opowiedział mi  wynajęty kierowca – Alek, ale  o tym będzie dalej. Losy Zimbabwe są burzliwe, zainteresowanych odsyłam do licznych źródeł. Olbrzymia prywatna rezydencja Wielkiego Mugabe w Harare jest  otoczona wysokim murem i chroni ją liczna straż  z karabinami, dodatkowo zainstalowano alarmy i podgląd kamer, które są  umieszczone  na okalającym murze co parę metrów i na jezdni obok  rezydencji – lepiej nie przyglądać się za bardzo,  bo mogą być kłopoty.  W przewodnikach jest informacja, że  nie wolno fotografować żadnych urzędów i policji ani innych służb mundurowych. Polityka nacjonalizacji  i wywłaszczanie białych rolników  doprowadziły do  wielkiego krachu gospodarczego i hiperinflacji. Gospodarkę Zimbabwe doskonale obrazuje historia jej waluty, zwanej dolarem zimbabweńskim. Hiperinflacja, wg statystyk,  osiągnęła w 2007 r. 231 milionów (!) procent. W maju 2008 r. bank wyemitował  banknot o nominale 500 milionów lokalnych dolarów,  chleb kosztował  76 milionów, w czerwcu tegoż roku 1dolar USA  wart był oficjalnie 10 miliardów, a na czarnym rynku - czterokrotnie więcej. W lipcu 2008 r. wydrukowano banknot  o nominale 100 bilionów (dla informacji: jedynka i jedenaście zer). Rząd nie mógł opanować szalejącej inflacji i od 2009 r. zezwolił na oficjalne używanie waluty obcej, czyli dolara amerykańskiego. Podaję te liczby,  bo szokują. Do dziś na ulicach ludzie sprzedają banknoty,   reklamując ich sprzedaż zapytaniem: „Czy nie chcesz być bilionerem?”

Jednodolarówka w Zimbabwe wygląda  inaczej niż w Stanach Zjednoczonych, chociaż to ten sam papierek:  jest czarna od brudu, lepka i podarta, ale ważna. Generalnie, ceny są od dolara w górę, np. zjedzenie obiadu w lokalnej knajpce  kosztuje jednego dolara, czasem dwa, 6  bananów  na ulicy można kupić za  „one dolar”. Ale w sklepie w mieście np. za dwulitrową butelkę wody trzeba zapłacić 1,39 $. Niby  żaden problem, ale w Zimbabwe nie obowiązują centy amerykańskie. Wtedy  wydają resztę w randach (waluta RPA) z  założeniem, że 8 randów to wartość jednego dolara, lub wydają resztę w cukierkach czy gumie do żucia.  Najśmieszniejsze są jednak bony, czyli czeki  o wartości 10  lub 20 centów wydawane jako reszta. Tymi bonami można płacić  robiąc zakupy innego dnia.  Przywiozłam  taki bon jako pamiątkę i wkleiłam do albumu ze zdjęciami, cukierki i gumę rozdałam dzieciom.

W Zimbabwe  nie ma turystów, jedynie licznie odwiedzana jest  miejscowość Victoria Falls. Panuje powszechna opinia, że Victoria Falls to nie jest prawdziwe Zimbabwe, gdyż na podstawie pobytu nad wodospadami nie można określić, jaki jest ten kraj naprawdę. Przyjeżdżają tu bardzo liczne wycieczki, aby zobaczyć imponujące, drugie co do wielkości na świecie wodospady. Turyści, na ogół, wpadają tu  na „chwilę”, maksimum - jeden dzień. Nie odkryją wtedy uroku  wodospadów ani nie mogą powiedzieć, że znają Zimbabwe. Miasteczko Victoria Falls  składa się głównie  z hoteli i hotelików,  sklepów i  marketu z pamiątkami oraz restauracji. 

...

 

A my calutki  dzień za 30 $ spacerowałyśmy wzdłuż wielkiej spadającej wody w obowiązkowych płaszczach przeciwdeszczowych. I tak przemokłam: w butach chlupała mi woda,  a w plecaku wszystko zamokło. Wychodząc spod tego prysznica  po 10 minutach marszu trudno się nie roześmiać – wszyscy mijani  ludzie byli mokrzy, ale zadowoleni. Wodospady  trzeba samemu zobaczyć,  bo jak opisać ich piękno i tę podwójną tęczę nad nimi?  W ciągu  dnia widoki się zmieniały: rano wszystko było w wodnej mgle, potem słońce wędrowało,  ukazując rozmaite blaski i kolory, pojawiły się dwie tęcze. Wieczorem przy zachodzie słońca  złotoczerwona mgła wodna w postaci obłoków unosiła się wysoko na niebie.  Przy wejściu do parku są liczne  informacje o wodospadach; dowiedziałam się, że woda spada po granitowych skałach z wysokości około 115 m  i rozlewa się na szerokości całej rzeki Zambezi, czyli  ponad 1700 m, a więc wodospad jest szerszy  niż słynna Niagara. Wodospady odkrył i nazwał je na cześć królowej Anglii misjonarz i badacz Dawid Livingstone, którego pomnik znajduje się na terenie parku.  Jest tam też  restauracja, gdzie można się posilić (podają rybę z Zambezi – słynną  bream, czyli doradę) i wysuszyć na słońcu.  A wycieczki tylko przebiegają i nie mają czasu na „degustację” tego cudu natury. Dla zainteresowanych czekają też atrakcje: lot balonem, samolotem, jazda konna, a dla lubiących adrenalinę  organizowane są skoki na bungi. My  zaliczyłyśmy tylko przechadzkę po moście, z którego  skaczą odważni. To słynny kolejowy most, łączący Zambię i Zimbabwe, zbudowany w 1905 r. nad głębokim basenem,  do którego woda spada wąskim  przesmykiem.  Na  tym moście w czasie naszego pobytu odbywało się spotkanie „na szczycie”  przedstawicieli  tych dwóch krajów w sprawie porozumienia dotyczącego  współpracy w organizowaniu turystyki. Mostem można przejść bez konieczności  posiadania wizy, a jedynie po otrzymaniu specjalnego zezwolenia, pokazując paszport.

...

 

W planach, jako następny etap podróży, był wyjazd do Bulawayo – największego i najpiękniejszego miasta kolonialnego.  Jeszcze w XIX w. do Bulawayo została doprowadzona kolej, którą i  dzisiaj można dojechać  z Victoria Falls. I w ten sposób  po raz pierwszy pojechałam afrykańską koleją. W rozkładzie jazdy  podaje się, że  odjazd pociągu ze stacji   Victoria Falls planowany jest o godz. 19., a przyjazd do Bulawayo  o 7. rano dnia następnego. Po czym następuje dodatkowa informacja o tym, że pociąg nigdy nie przyjeżdża przed 9. rano. Nasz pociąg przyjechał do Bulawayo tuż przed 11. Odległość pomiędzy miastami wynosi  około 440 km.  W czasie jazdy wyjaśniło się, dlaczego  tak długo jedziemy – pociąg stawał co chwila, a ludzie z tobołkami wsiadali  i wysiadali. To był kiedyś  luksusowy pociąg. Wagon sleepingu I klasy (nasz miał nr 1121) to dwa łóżka w każdym przedziale (nasz był przedział G), wysuwany stolik, umywalka bez wody, niedziałająca wentylacja i wyblakłe  fotografie na ścianach. Ale pościel nienagannie czysta. Na końcu wagonu był WC z „europejską” muszlą. Szyby w oknach chyba nie były myte od czasów zdobycia niepodległości, ale miały widoczny emblemat  z czasów Wielkiej Brytanii. Wagonów I klasy było 2 sztuki, cena za bilet - 12 $.  Liczba pasażerów w dwóch wagonach – 3 osoby, w tym  my dwie. „Wagonowy” sprzedawał herbatniki i dwie coca-cole  w  cenie „one dolar”. Wagonów II klasy było więcej (cena  za przejazd wynosiła 9 $, bez pościeli, cztery osoby w przedziale) i jechało  nimi sporo ludzi;  podejrzewam, że urzędnicy. Musiałam też zajrzeć do zwykłych wagonów, ale krępowałam się zrobić tam zdjęcia: tłok,  bałagan, jedni na drugich na ławkach w otwartej przestrzeni, mnóstwo dzieci. WC  to dziura w podłodze.  Cena przejazdu – 6 $, dla mnie nieznaczna różnica w porównaniu z ceną za  jazdę w sleepingu. Trasa pociągu wiodła przez Park Hwange. Widać było blask latających świetlików. A potem to już spałam aż do rana, kiedy  to zachciało nam się kawy. Neskę miałyśmy, tylko wrzątku brak. Grzeczny konduktor przyniósł z „lokomotywy” termos gorącej wody koloru zielonkawego. Po dosypaniu rozpuszczalnej kawy  napój był doskonały,  dodatkowo na śniadanie były cukierki made in Poland.  Konduktor pił kawę razem z nami, częstował się cukierkami   i wszyscy byli zadowoleni. W ten sposób dotarłyśmy do Bulawayo.

 

...

 

Great Zimbabwe to obecnie kamienne ruiny, wpisane do światowego rejestru dziedzictwa kulturowego. Początki sięgają  czasów sprzed 3000 lat, powstało dzięki przybyłym w ten rejon najstarszym mieszkańcom Afryki – Buszmenom. Samo kamienne miasto stworzone zostało przez przodków dzisiejszych ludów Szona, jak już pisałam, stanowiących przytłaczającą większość mieszkańców Zimbabwe. Great Zimbabwe uznawane jest za zaginione królestwo, państwo plemienne, którego rozkwit  nastąpił w XII-XVI w. Monarchowie zamieszkiwali na szczycie wielkiej  kamiennej góry.  Posiadali, ciekawostka,  liczne żony – nawet do 200 kobiet. Zwiedza się ruiny miast i budowli, które  kiedyś zieszkiwało 18 000  ludzi. Mury z kostek granitowych sięgają do 10 m wysokości i mają  5 m grubości; były budowane bez zaprawy.  W środku znajduje się stożkowata  tajemniczego pochodzenia wieża,  stanowiąca często motyw zdobniczy,  np. hoteli (i  lotniska w Harare). W ruinach znaleziono figurki ptaków z dziobami jak u sokołów, ale z ludzkimi dłońmi zamiast stóp. Zachowałam  się jak typowa turystka i przywiozłam  kupionego na pamiątkę kamiennego ptaka – symbol  Zimbabwe widniejący  na fladze i godle, kiedyś i na monetach. Fachowcy mówią, że przypomina orła kuglarza siedzącego na tronie.

Trudno było nie odwiedzić Wielkiego Zimbabwe. To odległość około 25 km od Masvingo.

...

Poszłyśmy sennymi w niedzielę ulicami miasta. W najfajniejszej knajpie „Sadza Inn”, zwanej też Hidden Garden Cafe, odbywało się przyjęcie. Potem okazało się, że makrela z sadzą i zielonym to wydatek  tylko jednego dolara. Tego dnia chciałyśmy się zorientować, gdzie możemy przenocować,  spędzając  dzień przed dalszą podróżą  do Harare. Padło na C-Rose  Lodge, mały lokalny hotelik, potem dopiero zauważyłyśmy tańszy  i bardziej przytulny Hostel Backpackers. Nasz hotel był pełen miejscowych gości, w hostelu – nikogo. Tej niedzieli doszłyśmy do parku o nazwie (oczywiście) Queen Victoria, gdzie na trawnikach siedzieli ludzie, a wokoło nich poniewierało się pełno śmieci. Park udekorowany był prawdziwymi lokomotywami z czasów kolonialnych. Wpadłyśmy do odrestaurowanego, zabytkowego hotelu Old (wiadomo) Victoria Hotel, aby posiedzieć i popatrzeć na spacerujących ludzi, ale nie było stolików na zewnątrz. W barze zamówiłam piwo i dwa  krzesła przed wejście. Po kilkunastu minutach, po konsultacji z menadżerem hotelu, barman  uroczyście przyniósł wyjęte z magazynu plastikowe krzesła  i postawił przy ulicy. Lubię obserwować ludzi i zagadywać. Świeciło słoneczko, czas leniwie płynął. Wieczorem wróciłyśmy do naszego kempingu przy Wielkim Zimbabwe, aby  popatrzeć sprzed rondavel na zachód słońca i pokarmić małpki kupionymi w mieście bananami.

...

Harare

...

 

Odwiedziłyśmy Kopje, czyli zalążek miasta, gdzie na skale stały domy z gliny zamieszkiwane przez pierwszych mieszkańców przyszłej stolicy - ludów Szona, zwanych Ne Harare. Miasto nazwę swą zawdzięcza ich wodzowi -  panu Harare, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „jedyny, który nie śpi”.  Spacer peryferiami  był atrakcyjny: lubię patrzeć na sklepiki i ludzi handlujących na ulicy. Ogrody Harare są piękne, lubiłam tam chodzić. Dzisiaj też widać ich urok, ale pomniki pozbawione są napisów, miniaturka wodospadów Wiktorii  nieczynna i wręcz śmierdzi ze stojącej wody, za to zieleń  do dzisiaj jest godna podziwu. Ludzie odpoczywają tu siedząc na trawie, uczą się  czy też czytają. W ogrodach jest  fantastyczna knajpka, również na wolnym powietrzu, gdzie za 2 $ dostaje się dużą porcję sadzy i zielonego plus mięso lub ryba dorada. Sztućce czasem też podają. W porze lunchu pełno  tu ludzi elegancko ubranych, pracowników okolicznych banków  i innych urzędów, wszyscy jedzą palcami, co razem z ich urzędowymi mundurkami wygląda nieco zabawnie. Lubiłyśmy tam przychodzić, bo było na kogo popatrzeć, a i  dobrze zjeść, siedząc wśród kwiatów i drzew.

...

Opracowując  trasę naszej eskapady, przeczytałam, że na północnym wschodzie, nad rzeką Zambezi, jest Mana Pools, jedyny na świecie dziki park narodowy wpisany  na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Zamieszkuje go liczna zwierzyna: mnóstwo słoni, bawołów, antylop różnego gatunku,  hipopotamów, małp (pawianów), dzikich psów (likaonów), lwów, zebr, guźców, hien, lampartów  –  brak tylko żyraf, jest tam też ponad 350 gatunków ptaków. Mana  w języku szona znaczy „cztery”, bo są tu cztery stawy, z których ten o nazwie Długi ma  6 km. Jest  to jedyny park narodowy, gdzie zamiast jeździć terenowymi samochodami i oglądać zwierzęta przez szyberdach, chodzi się z przewodnikiem po śladach  zwierząt.

Przez przypadek wybrałam kemping Goliath. Współwłaścicielami jego są Flo i Stretch (oboje biali, ale to Zimbabweńczycy). Flo jest od prowadzenia biznesu, z nią się negocjuje cenę (i to niemało kosztuje!) pobytu,  a ślad jej kobiecej ręki jest wszędzie bardzo widoczny. Kemping jest wyposażony w 7 luksusowych namiotów z przynależną łazienką pod gołym niebem i ciepłą wodą. Namioty są wyposażone jak  pokoje w hotelu pięciogwiazdkowym: są łóżka, stoliki, krzesełka, kolorowa w słoniki pościel, wszystko udekorowane: serweteczki wyhaftowane ręcznie przez panie Murzynki zatrudnione przez mamę Flo, stołeczki w słoniczki, obrazy z piór ptaków. Za telewizor robią  nastrojowe ogniska, drink-bar nad wodą, restauracja pod gwiazdami, wody i wybrzeże  rzeki Zambezi. W nocy dochodzą odgłosy hipopotamów (pomruki, jakie poznałam nad deltą Okavango), a potem dźwięk „chlup” do wody. Jednej nocy przyszedł lew oraz kilka hien. W ramach pobytu serwowanych jest 5 (słownie: pięć) posiłków dziennie. Rano bębny robią za budzik, potem  śniadanie i wypad. Około 10. godziny  na sawannie nad jednym z pools - drugie śniadanie, w południe - lunch w obozie, a potem  „five o’clock”, ale  o godzinie 15. (brawo, Panie Kucharzu, za te ciasta z bananów i  pomarańczy!) i znowu wypad; wieczorem – uroczysta kolacja. Jedzenie było bardzo urozmaicone, ale ciekawostką była sadza podana w postaci upieczonych kulek, to zupełnie inny smak, pycha. Każdy z uczestników otrzymuje na safari osobisty termos (mój miał napis „Grace”) na wodę, aby uzupełniać płyny w czasie marszu. Od południa podawano piwo lub wino; kto był chętny,  mógł dostać whisky, bez ograniczeń, ale nikt  tu nie przyjeżdża pić. Najważniejsze jest safari na piechotę! W czasie pierwszej  wspólnej kolacji (byli też inni goście: dziennikarka Jackie z Markiem, Tom – pisarz z USA i ich przewodnik Dawid) na deser rozdałam wszystkim po tzw. „krówce”, ten gest spotkał się z uznaniem, bo chyba  nikt tam nikogo nie częstuje, przyjeżdżają  na obóz zawodowcy, ludzie sponsorowani przez gazety, właściciele biur podróży, słowem - dość majętni. Przyjeżdżają na safari  na 3 dni do tygodnia, czasem wracają, jak np. Vicky była już czwarty raz.

Pobyt w Parku kosztuje cholernie  drogo, koszt spędzenia trzech nocy w Mana Pools wyniósł więcej niż pozostałe 21dni w Zimbabwe i Botswanie. Ale, daję słowo, warto!  Przeżycia i emocje są nie do opisania, niezapomniane.

W tym miejscu przedstawiam Wam Stretcha. Wysoki, ma ponad  2 metry (jak mnie zobaczył, od razu kazał mi się przytulić, a sięgałam mu do pasa!), 58 lat  i 28-letnie doświadczenie w organizowaniu safari. Widać od razu, że kocha robić to co robi i nic innego go nie interesuje. Rano wita się z baboons (małe pawiany), spontanicznie wołając do nich „good morning friends”, a wieczorem życząc im „good night”.  Oglądając ślady zwierząt doskonale wie, kiedy i co tędy szło, jakiej  było płci, czy było dorosłe czy dziecko, szło czy biegło, umie zwierzęta wytropić. Pierwszego dnia zadał mi pytanie, jakie zwierzę  najchętniej bym zobaczyła. Bez wahania powiedziałam, że lwy. Mówisz - masz. Stretch poszedł sam i chyba po godzinie zawołał nas  za pomocą radia (komórki nie działają). Byliśmy ze studentem o imieniu Siraaj, praktykującym u Stretcha. Obaj mieli karabiny. Po 10 minutach marszu, stąpając na pełną podeszwę, aby nie hałasować, zobaczyliśmy stado lwów  jedzących impalę, z której niewiele już zostało. Udało mi się zrobić z niewielkiej odległości piękne zdjęcia króla zwierząt. Nie czułam strachu. Szliśmy jeden za drugim, blisko siebie, gęsiego. Lwy nie atakują, chyba że jest powód, też boją się człowieka, genetycznie posiadają informację, że człowiek poluje na zwierzęta od zarania dziejów. Ostatniego dnia Stretch obiecał mi pokazać lwicę z małym, czyli, jak ustaliliśmy  przy kolacji, używając ślicznego papuaskiego słowa: lwa „pikinini”. Długo trwało, zanim Stretch wytropił lwicę. Silny wiatr zacierał ślady, lwy też nie lubią, jak im wieje w nos. Usłyszany ryk lwicy jednoznacznie nas poinformował, że jest zdolna do wszystkiego, aby  bronić swego dziecka. Zza krzaków wystawały uszy i pysk, szliśmy przy dźwiękach ścinających z nóg i mrożących krew. Jeden za drugim, w ciszy, chyba nikt nie oddychał. Stretch wydawał dziwne odgłosy, chyba uspokajając mamę-lwicę. Nic z tego. Stałam za nim, ze strachu trzymając go za pasek od spodni. Jest niebezpiecznie  - stwierdził Stretch i powoli, tyłem się wycofaliśmy. Potem długo jeszcze nogi trzęsły mi się ze strachu.

Widzieliśmy  dużo zwierząt: zwinne antylopy, groźne bawoły, najgroźniejsze hipopotamy, śmieszne pawiany, wylegujące się dzikie psy, nawet hieny. Pół dnia pływaliśmy po rzece  małym canoe, a Siraaj uderzał w burtę, wywołując na wierzch pływające hipcie.  Nawet spłoszyliśmy krokodyla. Rzeka Zambezi jest pełna różnych ryb, z których tiger fish  jest najbardziej charakterystyczna: olbrzym z wielkimi ostrymi zębiskami, karmiliśmy je, rzucając kawałki chleba do wody, aby zobaczyć, jak wyglądają. Można się przestraszyć.

Wielkie emocje  towarzyszyły pewnemu spotkaniu ze słoniem. Tym razem  towarzyszyli nam: Vicky i Ross (ma biuro podróży w Anglii), dwaj z pochodzenia Hindusi mieszkający w Szkocji, wyposażeni w profesjonalny sprzęt fotograficzny, który nawet nastawiali nocą, aby rejestrował zwierzęta przychodzące na kemping. Przylecieli samolotem, tak jest najprościej, ale najdrożej. Tego przedpołudnia siedzieliśmy  u stóp słonia. Do zwierzęcia podchodzi się  w pochyleniu,  w kucki lub na kolanach. Słoń, kiedy je, jest niegroźny. Cudny to widok, gdy  to ogromne zwierzę spokojnie zrywa liście z drzew, obgryzuje korę, wypluwa  grubsze gałęzie, wspina się  na dwóch nogach, aby sięgnąć wyżej. Nagle olbrzym zastrzygł uszami  i ... idzie na nas, jeszcze krok i  … spanikowałam, bo zadziałała wyobraźnia; a byliśmy przy stopach słonia. Ale Stretch urwał witkę i lekko uderzając słonia po ciosach, spokojnym, monotonnym głosem wypowiedział zbawienne: „Don’t do that, please, don’t do that”. Noga słonia zawisła w powietrzu i potem wolniutko  przeniosła się z przodu – w tył i słoń zrobił krok wstecz, potem następny i znowu zaczął konsumpcję drzewa. Długo będę pamiętała ten moment, bo nawet ręce mi się trzęsły z emocji i strachu.

...

 

W drodze powrotnej, po przejechaniu Karoi (w tłumaczeniu „mała czarownica”), zatrzymaliśmy się w Chinhoye, aby  nadprogramowo zwiedzić sieć głębokich na 46 m jaskiń w skałach wapniowo-dolomitowych. Wstęp dla cudzoziemców 10 $, dla naszego Alka – 3 $, opłata za robienie zdjęć  - 2 $. Z trudnością,  po omacku, z moją latarką-czołówką pokonywałam liczne stopnie, pomagał mi Alek. Na skałach wisiały kable elektryczne - ale  to tylko wspomnienie po dawnym oświetleniu, nawet urzędowy  przewodnik nie miał służbowej latarki, tłumacząc się brakiem baterii. Z dwóch stron  dotarłyśmy do bajkowo  błękitnej wody, zwanej „śpiącą sadzawką”. Podobno można tu nurkować, bo temperatura wody jest stała - około 24 °C.

 

Mam taką refleksję, że wszystko, co działa i prawidłowo funkcjonuje, jest własnością białego człowieka, jak np. kemping w Mana Pools, a wszystko, czym zarządza czarny człowiek,  popada w ruinę (przykładem jest  pociąg, hotele, jaskinie…).

Ostatni dzień i noc w Zimbabwe spędziłyśmy na robieniu  zakupów w Harare. Poszłyśmy  piechotą do Avondale Fee Market, gdzie można wydać ostatnie pieniądze. Droga prowadziła piękną aleją  drzew do dzielnicy, gdzie w lokalnym „bazarowym” barze z innymi  zjadłyśmy ostatnią sadzę i zielone, koleżanka  kupiła sporo pamiątek z drewna i kamienia. Ja ograniczyłam się do nabycia 4 rysunków przedstawiających codzienne życie mieszkańców Zimbabwe: gotowanie i opieka nad dziećmi (panie), granie na bębnach i polowanie (panowie). Przywiozłam też w plecaku drewniany stołek w słoniki, który w Warszawie  oczyszczam z korników, ale był to jedyny egzemplarz w sklepie. Podoba mi się.

I w ten sposób po 25 dniach wakacji dotarłyśmy do Warszawy. Ściana pamiątek w moim pokoju wzbogaciła się o dalsze:  wielką piątkę zwierząt  z drewna  i  malowidełka, obok kanapy stoi  słonikowy stołek, a na półce z kwiatami - kamienny ptak Zimbabwe.

 

 

Botswana: od Gabronne do Maun i Delta Okavango oraz Kasane

Zimbabwe: Boulawayo, Great Zimbabwe, Masvingo, Harare

Victoria- miasteczko i wodospady

wyprawa do Mana Pools: Zambezi, zwierzątka i inne cuda, jaskinie Chinhoye

a oto filmiki:

wodospady Wiktorii

w Parku Mana Pools:

  • s-facebook
  • Twitter Metallic

Szeki- najpiękniejsze miasto

Lahicz - najpiękniejsza górska wioska

Quba

Xilaniq- wioska w górach

Gandzia

 Prawdopodobnie nigdy bym nie pojechała do tego kraju, gdyby nie lektura książki Eriki Fatland po tytułem „Sowietstrany”. Kupiłam ją  przed wyjazdem do Kazachstanu. Treść rozdziału poświęconemu Turkmenistanowi spowodowała, że musiałam tam pojechać. Autorka nazwała ten kraj Absurdystanem. A ja lubię wyzwania. Tłumaczę jednym zdaniem: jest porównywany do Korei Północnej. To odizolowany kraj. Każdy z sąsiednich krajów można odwiedzić bez problemu, bo albo Polaków nie obowiązują wizy lub też można je łatwo zorganizować przez Internet. Inaczej jest  z Turkmenistanem, do którego można wjechać posiadając wizę turystyczną. Taką ja zdobyłam, wykupując u lokalnego operatora drogą (128$ za dzień) wycieczkę na 12 dni. Innym sposobem na wjazd do tego kraju jest zdobycie wizy tranzytowej, ale można przebywać na terenie kraju do 5 dni i należy okazać wizę sąsiedniego państwa. Ale ta metoda też nie zawsze jest skuteczna.  Władze kraju nie chcą, aby przyjeżdżali do niego turyści, a ci, którzy na to się zdecydują, muszą  za to zapłacić. Opłata za wycieczkę obejmuje: noclegi w niezłych hotelach, wszelkie środki transportu od samochodu poprzez pociąg i samolot, jedzenie (z małymi wyjątkami), tylko za bilety wstępu do muzeów trzeba samemu zapłacić. Biorąc pod uwagę, że ceny hoteli dla cudzoziemca są w dolarach i płaci dużo więcej niż obywatel Turkmenistanu (w manatach, lokalnej walucie) – wcale nie jest to opcja bardzo droga. To drogi kraj dla turysty, a nie wycieczka. Ale z drugiej strony w kraju jest czarny rynek walutowy i to jest korzystne dla cudzoziemca (przebicie 5,5 krotne).

Pozwólcie, że pokrótce opowiem co mnie zafrapowało.

W wyniku rozpadu Związku Radzieckiego, dokładnie (bo ten dzień jest świętem Niepodległości) 27 października 1991 r. Turkmenistan ogłosił niepodległość. Pierwszym prezydentem został były działacz partii komunistycznej, który wtedy zmienił poglądy – nazywał się - Saparmyrat Nyýazow. W tym miejscu dodam, że pierwszy prezydent piął się po szczeblach kariery politycznej jako sierota: matkę i dwóch braci stracił w wyniku trzęsienia ziemi z 1948 r., ojciec zginął wcześniej w czasie II wojny światowej, więc, jak mówią złośliwi, pozostał mu tylko wujek Stalin, który zapewnił jemu wykształcenie i rozwój.

Jego rządy cechowało łamanie praw człowieka  i kult jednostki. Dwa lata później prezydent ogłosił się Turkmenbaszą, czyli „Ojcem Wszystkich Turkmenów” i zaczął skutecznie izolować państwo na arenie międzynarodowej. To tragiczne. A teraz będzie śmieszne. Powołano  komisję najlepszych historyków, która ustaliła, że prezydent jest bezpośrednim potomkiem samego Aleksandra Wielkiego! Prezydent kazał postawić sobie złote pomniki, z których najsłynniejszy to ten, który kiedyś stał przed pałacem: 70-metrowy Łuk (Arka) Neutralności. Na jego szczycie znajduje się pozłacana statua Turkmenbaszy, a posąg obracał się o 360 stopni,  w tempie ruchu słońca. Dzięki temu, twarz wielkiego wodza była zawsze oświetlona jego promieniami.

Dyktator wprowadził zmianę nazw miesięcy zastępując je imionami krewnych, wielkich narodu  i hasłami. Podaję: pierwszy miesiąc  wziął swoją nazwę od imienia Turkmenbaszy, luty – bajdak (miesiąc sztandaru), … kwiecień – Gurbansoltanedże (matka prezydenta), … wrzesień – Ruhnama (dzieło prezydenta, zaraz to wyjaśnię), październik – baraszsyslyk (miesiąc niepodległości)…Miasto Krasnowodzk nazwano przydomkiem prezydenta – Turkmenbaszy. Dzień jego urodzin był świętem narodowym. To jeszcze nie koniec. Napisał “przewodnik duchowy” Turkmenów – dzieło o nazwie Ruhnama (Księga Ducha). Jej znajomość była obowiązkowa, nawet przy zdawaniu egzaminu na prawo jazdy. Księga doczekała się pomnika. Z głośnika słychać było tekst dzieła. Takich absurdalnych pomysłów było wiele, ale te chyba wystarczą…

Po śmierci Nijazowa (2006 r.) władzę, zgodnie z radzieckim zwyczajem objęła osoba, która zorganizowała wodzowi pogrzeb. Był to Gurbanguly Berdimuhammedow, wcześniej osobisty dentysta Turkmenbaszy, minister zdrowia.  Zaprowadził niewielką liberalizację życia społecznego i politycznego w kraju. Niewielką. Łuk Neutralności (nazwany teraz Pomnikiem) usunął sprzed pałacu na peryferie (2010 r.), postać już nie obraca się za słońcem. A znajomość Ruhnamy już nie  jest obowiązkowa. Ale postawił sobie też złote pomniki, jego wizerunek jest na każdym urzędowym budynku i nie tylko. Ubrany na plakacie stosownie do sytuacji: na koniu, w mundurze czy garniturze. I zawsze szeroko uśmiechnięty – dentysta. Teraz to potwierdzam. W czasie swego pobytu przekonałam się o tym, że kult jednostki  jest kontynuowany. O tym będzie potem.

Mówią, że żona Turkmenbaszy i jego rodzina przenieśli się do Rosji…

Kontynuując opowieść o polityce, dodam, że wyczytałam w Internecie, że  wskaźnik demokracji lokuje Turkmenistan na 162. miejscu spośród 167 sklasyfikowanych krajów wskaźnik wolności prasy na 178. pozycji (gorzej jest tylko w Erytrei i Korei Północnej). Z kolei w rankingu wolności gospodarczej Turkmenistan plasuje się na 169. miejscu wśród 180 państw. Dane z 2018 r.

Jak to wszystko przeczytałam, to nie mogłam nie pojechać do Turkmenistanu- Absurdystanu.

Kraj ten jest 1,5 razy większy od Polski, a pustynia Kara-kum obejmuje prawie 80% jego powierzchni.  Zamieszkuje go ok. 5,5 mln ludzi, czyli  ma ok. 7 razy mniej obywateli niż Polska.

Terytorium Turkmenistanu ma długą i zmienną historię. Wiele armii starożytnych i współczesnych imperiów (Aleksandra Wielkiego, Arabów oraz ludy mongolsko-tatarskie, Rosję carską i sowiecką) podbijało te ziemie, niepodległość uzyskał w 1991 roku. Tędy  przebiegał  Jedwabny Szlak. Niby pustynia – ale znajduje się tu mnóstwo wykopalisk archeologicznych, także tych wpisanych na listę UNESCO; zachowały się ruiny starożytnych miast i twierdz, które są świadectwem bogatej przeszłości tych ziem.

Stolica - Aszchabad, czyli miasto miłości, wyrosła około 160 lat temu  w środku pustynnego krajobrazu. Wielkie trzęsienie ziemi zniszczyło miasto w 1948 r., pozostały jedynie dwa lub trzy domy. Reszta miasta legła w gruzach  grzebiąc  ok. 120 tys. ludzi, wtedy ok. 2/3 mieszkańców.  Teraz niektórzy mówią, że miasto zamieszkuje ponad 1 milion osób, ale wtajemniczeni mówią, że dużo mniej. Stolicę odbudowano. Mówiąc o starówce mamy na myśli niskie budynki okresu stalinowskiego. A nowe centrum to wariacki projekt dwóch dyktatorów niepodległego Turkmenistanu: miasto pałaców, gigant hoteli i budynków rządowych; nietypowa architektura, czyli marmurowe, białe budynki. Na ulicach białe samochody. Szerokie jezdnie. Prezydent lubi biały kolor. Aszchabad został wpisany na listę rekordów Guinnessa, jako największe białe miasto z marmuru. Słyszałam też opinie, że to skrzyżowanie sowieckiej metropolii z Las Vegas. I to był następny powód, aby tam pojechać i to zobaczyć.

Na zaproszenie z Biura Turystycznego czekałam ponad miesiąc. Lecąc samolotem przez Mińsk białoruski (sprawdzali, czy mamy zaproszenia na pobyt w Turkmenistanie!) o 4 rano wylądowaliśmy w Aszchabadzie. Puścili nas bez kolejki, bo ogromna ilość Turków posiadała wielkie walizy i tobołki, byli oni szczegółowo kontrolowani. My – nie. O dziwo, dość sprawnie dostaliśmy wizy, szybko poszło. Lotnisko oświetlone w ciemnościach wyglądało imponująco - wejście w kształcie wielkiego ptaka. Przed wejściem, na parkingu - ogromna ilość białych samochodów. Za bramką czekał pan z kartką i napisem Grażyna i Ewa. To my.  Biały samochód zawiózł nas do hotelu “Białe złoto” (Ak Altyn - bawełna). Opiekun załatwił wszystko,  tylko pokój mogłyśmy dostać dopiero o 13:00. Miałam kontakt do pewnego księdza (Polaka), który  pracował w Aschabadzie już 23 lata. To wspaniała postać: duszpasterz, człowiek.  Ten ranek spędziłyśmy  u księdza na mszy św. a potem - śniadanku. Pierwszy rzut oka na okolice - to była wycieczka samochodem z księdzem.  Dodam, że po stolicy można poruszać się  samemu, czyli bez obstawy. Pierwszy dzień w Turkmenistanie miałyśmy wolny.

Najpierw zwiedziłyśmy Meczet Turkmenbaszy, który znajduje się w wiosce Gypjak, obecnie zaliczonej do miasta Aszchabad. W miejscu swojego urodzenia pierwszy prezydent nakazał wybudowanie meczetu, który kosztował krocie. Jego dzieło - Ruhnama zostało zamieszczone na ścianach świątyni tuż obok wersów Koranu, co było powodem wielu kontrowersji w społeczności muzułmańskiej. Na terenie w sąsiednim budynku znajduje się mauzoleum jemu poświęcone.  W mauzoleum pochowano prezydenta i jego  rodziców oraz rodzeństwo. Zdjęć nie można robić…chyba, że się ładnie poprosi, mocno uzasadniając.

Dowiedziałyśmy się ciekawej rzeczy. Po II wojnie światowej przyjechała do Aszchabadu słynna Ordonka z polskimi dziećmi, które udało jej się przetransportować za rosyjską granicę. Ordonówna wraz z  opiekunkami sformowała  konwój złożony z dwustu dzieci. W ten sposób rozpoczęła wędrówkę przez Uzbekistan właśnie do Aszchabadu (wtedy: Turkmenia). Dzieci były leczone  w pobliskim starym szpitalu (jeszcze istnieje). Te, które zmarły zostały pochowane na niedalekim cmentarzu. Szpital i cmentarz zlokalizowane są  przy drodze do Gypjak w rejonie o nazwie Kysz. Zwiedziliśmy ten olbrzymi cmentarz. Mnóstwo tu grobów ludzi różnych narodowości, ale polskich grobów już nie można odróżnić, nie zostały żadne napisy. Pokazano nam wielkie podłużne zbiorowe mogiły ludzi, którzy zginęli w trzęsieniu ziemi. Ponadto było wiele ciekawych grobowców. Pokazywał i opowiadał nam  pan, który od lat pracuje na tym cmentarzu.

Obok siedziby księdza i kaplicy katolickiej mieści się przedszkole, gdzie uczęszczały polskie dzieci . Weszliśmy tam, aby zobaczyć to miejsce, ale o polskich sierotach  już nikt nie pamięta.

Z Aszchabadu  ciężarówki z polskimi dziećmi  wspierane przez  Czerwony Krzyż ― wyruszyły dalej do Iranu.  Chętnych, chcących  dowiedzieć się czegoś więcej zachęcam do lektury biografii Ordonki.

Jeszcze przed obiadem pojechaliśmy w pobliskie góry. Po drodze widziałam parki “pustynne”, miasto wybudowano na pustyni. Mijaliśmy ekscentryczne budowle stolicy, imponowały szerokie, jednak puste, ulice.  Rzucał się w oczy brak billboardów, reklam (parę widziałam – firmowych, ale to ten wyjątek, który potwierdza regułę), witryn sklepowych też nie widziałam; tylko dużo plakatów z wizerunkiem prezydenta obecnie panującego. Śmieszyły mnie co paręnaście metrów panie - sprzątające, kobiety, często z zakrytymi twarzami z powodu kurzu,  zamiatały  miotłami (czyste): jezdnię i chodnik lub zajmowały się zielenią miejską. A propos “kurz”. Ponieważ w około były piaski pustyni, widoczność nie była dobra, pobliskie góry tonęły w mgle piaskowej.

W ten sposób zobaczyłyśmy po raz pierwszy to dziwne miasto.  Po południu - odbyłam swój  pierwszy indywidualny spacer. Hotel był świetnie położony i można było dojść piechotą do wielu ciekawych miejsc. Oczywiście poszłam - główną ulicą Magtymguły, przy której był hotel - obserwując ludzi, szczególnie kobiety kolorowo ubrane, “na ludowo”; miały długie dopasowane suknie z dekoltem obszytym wyszywanką w tradycyjne wzory, włosy miały  upięte  i zakryte chustą w barwne wzory. Dziewczęta, te które chodzą już do szkoły,  ubrane były w długie  sukienki z zielonego  materiału, a długie włosy upięte w dwa warkocze, studentki ubrane były w sukienki czerwonego koloru.  Część osób  pozwalała na pozowanie do zdjęcia. Skręciłam w ulicę pełną fontann i pomników przedstawiających wielkich kraju: pisarzy, działaczy, muzyków; aleja ukazywała postacie zgodnie z datami kiedy żyli od XI w. do XX w.  Dotarłam do bazaru, zwanego ruskim. Jak ja lubię bazary! Kolorowe owoce cieszyły, zapach pieczywa i pierożków kusił, kawior i inne delicje można było popróbować. Ciuchy mnie nie interesowały, chyba, że były to kolorowe chusty i czapeczki oraz torebki z dywanów, czy same dywany. Od bazaru – rzut beretem do jednego z teatrów i pomnika Lenina z lat 20-tych XX w. Na ulicach wszechobecna policja. Pstrykałam różne zdjęcia, w paru przypadkach przed urzędowym budynkiem – zabroniono robić fotki. OK. Tylko raz spotkała mnie większa przygoda, bo zatrzymał mnie pan żandarm  z bronią, zagadał w sobie znanym języku, czyli po turkmeńsku. Dygresja: w Turkmenistanie ludzie posługują się językiem z grupy języków tureckich, pisanych alfabetem łacińskim. Strażnik rosyjskiego ani angielskiego - nie znał. Więc wzruszyłam ramionami, bo niczego złego nie zrobiłam, ani jednego w tym miejscu - zdjęcia. Pan zatrzymał mnie ręką i zadzwonił ze swej komórki do kogoś po pomoc. Coś zagadał i oddał mi telefon. Na ekraniku był napis, który zrozumiałam: komendant. Pan komendant światowo zagadał do mnie po rosyjsku ”nie lzia”, co też zrozumiałam. Okazało się, że stoimy przed budynkiem Ministerstwa Bezpieczeństwa (!) i “nie lzja” robić zdjęć. Żandarmowi podałam swój aparat fotograficzny, nie było zakazanego zdjęcia, więc puścił mnie. Akcja była prewencyjna! Od tej pory  żartowałam, że mam znajomego komendanta w Turkmenistanie.

Starówka podobała mi się bo była ”normalna”, wzruszało wywieszone pranie między budynkami. Budynki na ogół  odnowione (na biało) i z ładnymi ozdobnymi balkonami.No i są na ulicach chodzili ludzie. Widać było sklepy, których w marmurowym mieście – brak. Dotarłam do teatru dramatycznego, przed którym stał pomnik wieszcza Puszkina. A w mijanym parku Gunesz zobaczyłam po raz pierwszy (i ostatni) pijanego leżącego na ławce.

Wieczorem ksiądz nas zabrał  na objazd oświetlonego (i to jak!) miasta. Tylko parę osób spotkaliśmy przed znanymi obiektami, a tak to było pusto. Z Parku Neutralności  widoczna była panorama, a w tym oświetloną tzw. „ścieżka zdrowia” Serdar. Najczęściej używana część ścieżki zdrowia rozciąga się na zachód przez 8 km, kończąc w pobliżu  Nisy (o tej osadzie - później). Początkowy odcinek to stroma wspinaczka po betonowych schodach, aby dotrzeć do grzbietu wzgórz. Jest jeszcze inna ścieżka – bagatelka - 35 kilometrowa. Zbudował  je Turkmenbasza z troski o zdrowie swych ministrów, którzy raz w roku musieli przebiegać górski maraton, by po dotarciu na szczyt odebrać osobiste gratulacje od przywiezionego tam helikopterem Turkmenbaszy. Prezydent odbył tam spotkanie Rady Ministrów w marcu 2003 r. i  skarcił swoich ministrów za zbyt powolny bieg odcinkiem 8 km. Powiedział, że powinni być w stanie zrobić spacer w 90 minut, bo to zapewni im dobry dzień w biurze. Wierzyć - nie wierzyć. Chyba wierzyć.

Następnego dnia  nasza wycieczka  zaczęła się od wizyty w  biurze Tour Operatora. Zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Zlokalizowane w jednym z białych wieżowców, zawierało liczne pokoje, sporo pracowników. Przywitał nas sam pan dyrektor, poczęstował herbatą ze słodyczami. Zwiedziłyśmy lokalne muzeum: kolekcję zbieraną przez dyrektora przez lata jego pracy. Dostałyśmy też mały gift: saszetkę- kosmetyczkę “raz na ludowo”. Poprosiłam o przewodnik i dostałam, nawet parę, ale … nigdzie, nigdzie nie było mapy stolicy. W książce o Aszchabadzie też nie było mapy. Ciekawe. Wszyscy szukali i nic… A oczywiście czegoś takiego jak biuro informacji turystycznej ani w Aszchabadzie ani w żadnym innym mieście - nie ma.

Dzięki objazdowi samochodem z kierowcą - Achmedem, szczegółowiej poznałyśmy budowle miasta.  Niektóre widziałyśmy dzień wcześniej, ale dodatkowo: imponujące Koło Młyńskie, ekstrawagancki budynek Pałacu Ślubów,  Ministerstwo Stomatologii w kształcie zęba (przypominam, że prezydent był dentystą), kompleks - miasteczko olimpijskie (zbudowane na okoliczność Azjatyckiej Olimpiady Halowej z 2017 r.) - świecące pustkami, Centrum poświęcone  m.in. trzęsieniu ziemi z 1948r. i  Ertogrul Ghazi - Meczet. Oglądając rządowe budynki, stwierdziłam, że więcej tu ministerstw niż, chyba, ministrów. Jest i – uwaga -  Ministerstwo Konia, bo koń to sprawa państwowa i święta. W tym kraju nie jada się koniny, a złe traktowanie konia jest uważane za jedno z najgorszych przestępstw. W Turkmenistanie konie i ich wyścigi to sprawa wagi państwowej, szczególnie jeżeli chodzi o konie rasy Akhal-Teke (zwane "skrzydłami Turkmenów”, lekkie i dumne, jak określił jeden z naszych kierowców), które znalazły się  jako element turkmeńskiego godła i  na  banknotach. Specjalnym dekretem drugi (obecny) prezydent Turkmenistanu, który przyjął tytuł Narodowego Hodowcy Koni zarządził, że konie kończące swoje życie (jak to napisać?; umierają śmiercią naturalną) chowane są na specjalnych cmentarzach. Dlatego Ministerstwo Konia jest niezbędne, aby prowadzić dokumentacje dotyczącą koni, których traktuje się jak człowieka i członka rodziny. Jeszcze będę opisać o mojej wizycie u jednego z hodowców championów.

Centrum poświęcone ofiarom trzęsienia ziemi jest imponujące. Tak naprawdę centrum (oddane w 2012 r.) poświęcone jest ludziom (Halk hakydasy) -  dodatkowo -  ofiarom  II wojny światowej 1941-45 r. i  batalii pod Geok Depe z Rosją z 1881 r. Przegrana bitwa  była ostatnią, w której siły carskie walczyły z Turkmeńczykami, i skutkiem tego  obszar, który jest teraz Turkmenistanem, pozostawał  pod kontrolą Moskwy aż do 1991 r.- upadku ZSRR. Dla Turkmenów porażka pod Geok-Tepe to była katastrofa, stąd jej wspomnienie w Centrum.

W Centrum jest muzeum, budowle, pomniki, płaskorzeźby. Część z nich kiedyś stała w centrum Aszchabadu, teraz  zebrano je razem i postawiono  w jednym miejscu na obrzeżach. Zwrócił moją uwagę pomnik byka z brązu postawionego na wysokim podium, którego rogi rąbały ziemię. Nawiązuje do starożytnej legendy o byku (byk symbolizuje  potęgę), trzymającym się za rogi solidnej Ziemi. Na byku – złote dziecko, przedstawia uratowanego z trzęsienia ziemi  pierwszego prezydenta Turkmenbaszę. „Posąg Byka”, wysokości  22 m, reprezentuje sumę poszczególnych cyfr roku 1948, roku trzęsienia ziemi. Z obowiązku muszę dodać, że „Pomnik Enemehri” ofiar II wojny światowej ma 33 metry, co oznacza liczbę cyfr w dniu niemieckiego poddania się - 9.05.1945 r. (wg jeszcze kalkulacji ZSRR).„Wieczny Ogień” – pomnik mierzy 45 metrów, co stanowi rok 1945 r.

Jest jeszcze pomnik przedstawiający Matkę z pochyloną głową w kierunku syna. Został zbudowany na pamiątkę bohaterów innych bitew o ojczyznę.

Jedna z 15 płaskorzeźb z brązu została zarejestrowana na liście Guinnessa jako „Największa płaskorzeźba z brązu na świecie”.

Meczet Ertuğrul Gazi (na 5 tys. wiernych) był postawiony współcześnie w 1998 r. ku czci ojca Osmana I, założyciela Imperium Osmańskiego. Posiada cztery minarety i centralną kopułę. Dość bogato wewnątrz dekorowany, troszkę przypomina Błękitny Meczet w Stambule. Akurat trafiliśmy na modły. Z ciekawością patrzyłam na ważne osoby, czyli nauczycieli  praw religijnych  tej odmiany islamu (szyici),  których nazywają -  “mułła”; dostojnie wyglądali w swych wielkich czapach i z brodami. Nie chcą, aby im robić zdjęcia, ale jeden z nich zrobił wyjątek…

Nie odwiedziłyśmy żadnego z muzeów, pomimo, że podobno Muzeum Dywanów jest bardzo ciekawe. Ale po wizycie w Iranie, Omanie i przed wizytą w Azerbajdżanie, gdzie dywany pełnią wiele funkcji w życiu człowieka, odpuściłyśmy sobie spory wydatek - 25 $.

W Aszchabadzie znajduje się parę bazarów, a ja tak kocham bazary. Przewodniki opisują jeden z nich o nazwie: “Tołkuczka”, czyli ”posuń się troszkę” Dzisiaj Tołkuczka  nazywa się “Altyn Asyr” czyli “Złoty Wiek” i nie posiada ducha turkmeńskiego; betonowe i blaszane  pawilony wszystko zepsuły. Dzięki uprzejmości władz biura - zabrano nas tam (8 km za miastem) i …wielkie rozczarowanie. Najlepszym bazarem okazał się  Bazar Rosyjski, odwiedzony przeze mnie dzień wcześniej.  

Pewnego wieczoru w restauracji obok hotelu pojawiła się dekoracja , więc - zapachniało weselem. Jak to zwykle robię, zapytałam się, gdzie jest panna młoda i czy mogę popatrzeć. Reasumując - zaproszono mnie do słołu, pojadłam i potańczyłam. Zaznaczam, że alkohol był tylko na jednym stole i tam siedzieli sami mężczyźni. Była orkiestra i wodzirej. Na ścianie wyświetlano sceny weselne. Posłuchałam o zwyczajach, o tym, że aby poślubić kobietę z Turkmenistanu, trzeba zapłacić (to się nazywa “kołyn”) przyszłej teściowej i to kwotę niebagatelną średnio - 10 tys, opowiadał mi jeden pan (chwalił się), że nawet - 40 tysięcy - uwaga - dolarów. Majątek, szczególnie, w tamtym kraju. Nawet jeden z moich kierowców (Achmed) nie chciał Turkmenki za żonę - tylko Rosjankę (za darmo!) - ale matka się nie zgodziła. Pieniądze są przeznaczone na suknie i biżuterie panny młodej, ale też np. na meble przyszłego domu. Jeśli młodzi się kochają i są ze sobą od dawna, to wchodzi w grę tzw. porwanie…Aby się wykręcić od płacenia. Wesele, na którym byłam było na skromne 350. osób, bo normalnie – to, podobno, 1000. gości się bawi. Byłam zdumiona, jak po tańcach podeszła do mnie pewna pani i wręczyła piękną chustę w kwiaty - to okazało się, że to takie podziękowanie za uczestnictwo (co innego otrzymywali mężczyźni, dzieci - koszulki z rysunkami). Wychodząc wręczono mi bukiet suszonych ziół kwiatów (juzerlik), aby je powiesić nad drzwiami w domu, bo to "odgania złe moce". Takie bukiety są też sprzedawane na bazarach. Mój był "ślubnie" obwinięty w kolorowy celofan. Dowiozłam go w całości i wsadziłam do wazonu.

Bardzo wzruszające było spotkanie z panią Reginą, lat 89. Pojechaliśmy tam z księdzem. Mieszka “kątem” w starym budynku, straciła męża, dzieci umarły. Jej siostra mieszka w Rydze. Wyjechała w 1941 r. z Warszawy, gdzie mieszkała przy ul. Grochowskiej. Rodzina ukrywała Żydów i ktoś doniósł, musieli się wynieść z domu. Pracowała w fabryce, zajmowała się szyciem. Jedynie co pamięta po polsku to modlitwa “Ojcze nasz”. Miała dobre ręce  i nawet chciała nas poczęstować bułeczką. Zapytała, czy jeszcze może się spotkamy… Na ścianie pokoju wisiał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Wspólnie odmówiliśmy modlitwę Pańską.

Pierwszą osadą czasów starożytnych, które odwiedziłam była Nisa -18 kilometrów od stolicy. Pojechaliśmy tam, aby zobaczyć stanowiska archeologiczne starożytnego miasta Partów. W VI-V w.p.n.e. był tu ważny ośrodek, będący w pewnym okresie stolicą dawnego Imperium Partów. Partowie utrzymywali szerokie wpływy Azji Środkowej od III w.p.n.e do III w n.e. Mogłam oglądać pozostałości warownej cytadeli, fragmenty murów z basztami oraz resztki rezydencji, a także świątyni i skarbca. Wszystko to było nieźle opisane na tablicach. Chodziłam wśród ruin budowli wzniesionych z cegły. W samych ruinach można było zobaczyć kamienne i ceramiczne kolumny czy terakotę. W 2007 r. kompleks ruin w Nisie wpisano na listę UNESCO. W zasadzie takie ruiny może nie robią wrażenia dopóki człowiek nie uzmysłowi sobie, co one przedstawiają i jaką przypominają historię...
Nowa Nisa  to (obowiązkowo) białe budynki z zielonymi dachami.

Jedziemy samochodem dalej na północ. Na szosie wolnym krokiem snują się wielbłądy. Pejzaż ten sam: piaski, troszkę zieleni, rurociągi z wodą i rury z gazem. Głównym produktem eksportowym Turkmenistanu  jest ropa  i gaz ziemny. Za czasów panowania Turkenbaszy mieszkańcy  nie musieli płacić za gaz, prąd i ogrzewanie. Teraz trochę się zmieniło, bo Rosjanie mniej importują. Ale w dalszym ciągu za te media płaci się grosze. Więcej kosztują liczniki, które są w tej chwili zakładane w mieszkaniach niż wynosi opłata za wodę, stwierdziła znajoma Ormianka, o której, oczywiście, jeszcze napiszę. Benzyna w dalszym ciągu jest bardzo tania (ok. 1,50 zł. za litr), a co się z tym wiąże - tanie są bilety samolotowe czy transport samochodem. Te udogodnienia miały na celu  “przekupienie” społeczeństwa. Nie wiem, może niektórzy ze strachu nie buntują się? Bo są tego konsekwencje. Unikałam rozmów na tematy polityczne.

Jedziemy dalej. Po drodze odwiedziłam Erbent - wioskę pustynną, która bardzo mnie rozczarowała. Zawsze lubiłam wioski i ich mieszkańców. W Erbent zabrakło mi tego, żeby popenetrować i pogadać. Zobaczyłam jednopiętrowe budynki, jurty, wielbłądy, stare piece i ....bałagan. Pomnik z czasów radzieckich w centrum wioski upamiętniał jedenastu zwolenników socjalizmu, którzy zginęli podczas walk w 1931 r. zabici przez ludzi reprezentujących antybolszewicki zbrojny ruch narodowo-religijny (Basmaczi).  Siedzący pod meczetem starcy zachęcali do rozmowy, ale...nie było czasu!

Mijaliśmy wzdłuż szosy płonące dziury, które jako pierwsze zrobiły wrażenie. W dole ziemnym, obok szosy płonie, okazuje się, gaz. Dziwne. Ale  Wrota Piekieł przewyższają wszystko. Żadna "dziura" nie jest tak ognista jak Darwaza.

Darwaza, to symbol Turkmenistanu. Miejsce położone jest około 250 km od stolicy na pustyni Kara Kum. "Darwaza" oznacza po turkmeńsku bramę/wrota, stąd wzięła się potoczna nazwa zjawiska, o którym opowiem. Miejsce zasłynęło z tego, że w latach 70 -tych ubiegłego wieku, tutaj właśnie radzieccy naukowcy poszukiwali złóż gazu. Podczas odwiertu ciśnienie pod ziemią gwałtownie spadło i kawał gruntu skalnego zapadł się. Z powstałej dziury zaczął ulatniać się gaz ziemny. By nie uchodził do atmosfery i nie zagrażał ludziom, radzieccy specjaliści postanowili go podpalić. Całość miała sama zgasnąć po kilku dniach. No i co? Złoże okazało się na tyle bogate, że pożar trwa do dziś i nie ma sposobu, aby go ugasić, bo po co, skoro przyciąga turystów. Poczujcie klimat. Jestem na pustyni, ciemna noc, gorąco, a powodem - płonący gaz. Krater można obejść dookoła, ale są miejsca gdzie temperatura mnie przerażała. Bałam się, że aparat fotograficzny mi się roztopi. Sporo (relatywnie) turystów pstryka zdjęcia i patrzy na ogień. To nic innego jak wielka dziura w ziemi: 70 m średnicy i głębokiej na 30 metrów - od około 50 lat nieustannie płonie ogniem. Nie na próżno, więc, to miejsce nazwano Wrotami Piekieł. Najpiękniej wygląda nocą. Dlatego w niedalekiej odległości od dziury postawiono jurty (wyposażone w szafki i łóżka), można też rozbić namiot, są prysznice, agregat wieczorem pozwala na kąpiel w ciepłej (!) wodzie, są i miejsca na piknikowanie. Oczywiście wszystko pod kontrolą. Międzynarodowe towarzystwo zostało przez organizatorów nakarmione, i szybko poszliśmy oglądać ogień. Rano w świetle dziennym wyglądało to inaczej, ale też imponująco. Atrakcją była przejażdżka na koniu lub wielbłądzie. Kto chciał.

Z Darwaza po doskonałym wieczornym pikniku i jednej wspaniałej nocy w jurcie oraz pysznym śniadanku  w plenerze pustynnym z wielbłądami i końmi w tle oraz z tyłu z płonącym ogniem, pojechaliśmy samochodem dalej na północ. Miałyśmy zwiedzić   
 Konye Urgench (też wpisane w 2005 r. na listę UNESCO), gdzie znajdują się nieodkryte do końca ruiny stolicy, starożytnego miasta z XII w. Stary Urgench był jednym z największych miast na Jedwabnym Szlaku. W XII/XIII w. przeżywał złotym okres ponieważ przewyższał pod względem ludności i sławy wszystkie inne miasta Azji Środkowej, z wyjątkiem Buchary (Uzbekistan). W 1221 r. miasto zostało zrównane z ziemią przez Czyngis Chana. Miasto odbudowano. Jednak rzeka nad którą leżało - Amu Daria zmieniła bieg, a i Timur też się do tego przyłożył,  że miasto znowu opustoszało, tym razem w tym miejscu - na zawsze. Najbardziej rzucającą się w oczy istniejącą budowlą Starego Urgench jest wybudowany w początkach XI w. minaret Timura (Temüra) Kutługa, który ma 62 m wysokości. Oprócz tego są trzy mauzolea, w tym mauzoleum Il Arslan – najstarszy istniejący zabytek; to stożkowa kopuła , osłaniającej grób dziadka Mohammeda II, właśnie - Il Arslana z XII w.
Po dwóch dniach zwiedzania i podziwiania - samolotem z miasta Daszoguz leżącego na północy tuż przy granicy z Uzbekistanem, przylecieliśmy do Aszchabadu.
Ludzie pisali, że samoloty turkmeńskie są niebezpieczne,  ja szczęśliwie doleciałam do stolicy.

Następny wypad, tym razem na wschód, z Artiomą. Dzięki uprzejmości pana dyrektora odwiedziliśmy stadninę 70 koni. Jest tu aż dziewięć championów: konie białe, czarne, brązowe i w różne łatki. Pracownicy zaprezentowali nam pupili, co one potrafią: dygać, kłaniać się … Jeden z koników- był 30-letnim staruszkiem: biały w kropki.  Ale i są 8 miesięczne dzieciaczki. Można poczęstować konie cukrem. Taki ładny dodatek do wycieczki, szczególnie, że to kraj, gdzie koń jest tak ważny w życiu państwa i ludzi.

Po drodze wysiadamy w Anau, a potem Abiverd. To pierwsze miejsce  czyli “Nowa Woda” zamieszkałe było już w 5-4 tys.p.n.e., a odkryte dopiero na początku XX w. Słynie z meczetu Seyit Jemaletdin, miejsca pochówku szejka, właśnie o tym nazwisku. Meczet został całkowicie zniszczony podczas trzęsienia ziemi w 1948 r. Dziś jest  miejscem pielgrzymek. Pary bezdzietne przynoszą ubrania dla dzieci jako ofiarę i lalki. Ponadto, co mnie zdumiało: kobiety zostawiają zwykłe spinki do włosów (aby być mądrą!), wszyscy: klucze do mieszkań (aby dostać mieszkanie) i pieniążki.

 Zaś Abiverd wygląda jak duży teren z ruinami starożytnych, ceglanych budowli przypominającymi dramatyczną, skomplikowaną historię, dawną potęgę i luksus. Znalezione różne ręcznie robione wyroby z metalu i ceramika, leżą na murach lub małe ich kawałki - wśród trawy - świadczą o tym (tak twierdzą znawcy), że miasto miało warsztaty rzemieślnicze. Reszta rękodzieła – oczywiście jest w muzeach.

Jadąc samochodem mijamy liczne, większe i mniejsze wzgórza. Artioma wytłumaczył, że to nie naturalne wzniesienia, tylko sztucznie, utworzone przez człowieka; w czasach starożytnych, pełniły rolę obserwatorium - czy wróg nadchodzi. Przejeżdżamy obok miejscowości Bajmarmali. To miasteczko i uzdrowisko, gdzie lecza nerki i serce, posiadające świetny klimat. Informacja dla chorych na nerki: tutaj zalecają jeść dużo  arbuzów i pić wodę! Tylko skąd w Polsce wziąć takie arbuzy?

Już pisałam troszkę o zabytkach. Ale największą sławą cieszy się Merw. Leży koło współczesnego miasta Mary. Starożytne Merw to miasto
 tysiąca i jednej historii. Jego mury obronne okrążają przestrzeń około 400 ha, a ich pochodzenie datuje się na XI/XII w. Same początki miasta sięgają panowania perskiej dynastii Achemenidów, czyli ok. V w.p.n.e. Dalej dzieje były burzliwe i nie chcę nikogo zamęczać W telegraficznym skrócie: po panowaniu Greków, miasto przejęli Sasanidzi, a następnie Arabowie. Dzięki korzystnemu położeniu Merw świetnie prosperowało i szybko zyskiwało na znaczeniu – w okresie panowania Arabów było ważnym ośrodkiem intelektualno-religijnym, dorównującym znaczeniem Samarkandzie i Bucharze (Uzbekistan). Działały tu liczne medresy, kształcące wybitnych myślicieli i kapłanów. Co jest ważne: w IV wieku p. n. e. osada została odnowiona przez Aleksandra Wielkiego – założył tutaj kolonię pod nazwą Antiochia Margiańska i tak właśnie określa się Merw
A więc przez lata Merw był miejscem, gdzie krzyżowały się wpływy Wschodu i Zachodu dzięki kupcom podążającym Jedwabnym Szlakiem. W tym mieście przenikały się różne religie – do dzisiaj zachowały się w Merw ruiny zoroastryjskich, buddyjskich, chrześcijańskich i islamskich świątyń.  Miasto przeżywało swój rozkwit w XI i XII w., kiedy stało się stolicą państwa Turków Seldżuckich. Przez kilka lat Merw był też siedzibą kalifa czyli duchowego zwierzchnika wszystkich muzułmanów. W XII wieku liczył 200 tysięcy mieszkańców i był największym miastem ówczesnego świata. Miasto zniknęło w XIII w. (1221 r.) dzięki armii Mongołów pod wodzą syna Czyngis Chana, którzy je zdobyli, wódz kazał zamordować mieszkańców. Zniszczyli domy, meczety, i pałace. Merw zostało odbudowane, ale nigdy nie powróciło jednak do świetności z poprzednich wieków. Pozostało jednak jako znaczące miejsce na szlaku handlowym. Koniec istnienia Merwu nastąpił pod koniec XVIII w.; wtedy to emir Buchary wysiedlił wszystkich mieszkańców. Za czasów rosyjskiego caratu do Merw zsyłano nieposłusznych oficerów.
Oglądałam Merw chodząc z miejscowym kierowcą o imieniu Surgen - po ogromnym terenie archeologicznym, gdzie parę turystów (szkoda!) i naukowcy szukają śladów dawnej świetności. Musi zadziałać wyobraźnia – patrząc na domy, pałace, mauzolea (a niektóre świetnie odnowione). To “Gyz Gala” (twierdza kobiet), a to “Ogłan Gala” (twierdza mężczyzn); Surgen wiedział o Merw chyba wszystko. Kochał historię i swoje miasto. Dlatego z wielka przyjemnością słuchałam o historii, która tu się odegrała.
Jak ktoś dorzucił kamieniem z twierdzy mężczyzn do twierdzy kobiet, to przysługiwała mu wybranka za żonę, a była to całkiem duża odległość – taka to opowiastka! 

Najstarsze mauzoleum Ibn Zeyd, to oryginał z XII w. W środku grobowiec świętego, drugi grób - nieznany. Wszystko w ogrodzie z drzewami, na których powieszono wstążeczki i laleczki. W oddzielnym budynku piliśmy herbatę ze strażnikiem (urokliwy starzec z brodą) budowli.

Ile tu obiektów! Nie sposób i nie ma potrzeby, aby je opisywać. Polecam stosowną lekturę.

Na koniec: mauzoleum sułtana Sanjara  - VIII w z dwoma kopułami widocznymi kiedyś na 40 km. W środku wspaniałe echo. Budynek jest rekonstrukcją wykonaną dzięki pomocy Turków.A przy świątyni jest  kuchnia, gdzie  można przyrządzić posiłek i sala biesiadna gdzie rodzina może go wspólnie i z innymi wiernym lub gośćmi – zjeść Do mauzoleów przyjeżdżają pielgrzymi i, jak nakazuje zwyczaj, częstują przygotowanymi przez siebie posiłkami. Nazywa się to “sadaka”.Na poczęstunek najlepiej odpowiedzieć: “Kabuł bołsun” – “niech będzie podziękowanie za to co robicie”.

I tym razem znowu nie mieliśmy dużo czasu jak ja tego nie lubię, jak jestem sama, zawsze mam czas na takie spotkania!

Mieszkaliśmy w Mary, nowym mieście po sąsiedzku. Mary też jest warte odwiedzenia. Z hotelu  leżącego przy głównej ulicy łatwo dojść (mostem przez rzekę) do najpierw Pałacu Zjazdów, przed którym stoi złoty prezydent, potem pięknej narodowej biblioteki z obserwatorium astronomicznym, vis-a-vis której jest teatr, a potem do wielkiego i pięknego meczetu. W teatrze wpuszczono nas na widownię, aby zobaczyć jak ona wygląda. Grano sztukę autorstwa…prezydenta. Co to było? Chyba jakaś bajka, sądząc po strojach. Widownia zapełniona w około mniej niż połowie. Dalej mieści się nowa siedziba muzeum historycznego, bardzo efektowny budynek a w około park. Idąc w drugą stronę mija się bazar, pomniki i parki. A propos pomniki: skręcając w bok dochodzi się do dziwnego monumentu. Na fotelu z założoną nogą na nogę siedzi w pozie prezydenta Kennediego – prezydent Turkmenistanu, oczywiście obecnie panujący. Nie ma wątpliwości, że jest to celowe ustawienie postaci.

Pomnika ofiar wojny ojczyźnianej, nie można z bliska fotografować, bo przypadkiem można ująć żołnierza pełniącego przy pomniku dyżur (nie - wartę) Musiałam przejść na drugą stronę ulicy. Absurd! Mam aparat z dobrym zoomem. A w ogóle to po co mi buzia żołnierza?

W mieście jest też rosyjska cerkiew, zwana Pokrowskaja; ładny budynek z czerwonej cegły położony w parku, gdzie zaczepiały nas bawiące się dzieci. Wewnątrz - mnóstwo ikon, w tym moja znajoma Matrona. Odsyłam do opowieści z Kazachstanu.

Samolot odlatywał dopiero o 23:30 więc wróciliśmy z Mary do stolicy samochodem z Surgenem. Towarzyszyła nam jego matka, która jechała na spotkanie-rozmowę do konsulatu w sprawie otrzymania wizy do Stanów Zjednoczonych. Jej córka, a siostra naszego kierowcy, tam mieszkała.

Mijaliśmy przydrożne stragany z pysznymi, podobno w tej okolicy, najlepszymi – arbuzami, melonami, tykwami.  Widzieliśmy najdłuższy, bo liczący  ok. 1450 km (drugi pod względem długości na świecie) kanał łączący rzekę Amu Darię  i wpadający do morza Kaspijskiego, wybudowany za czasów ZSRR. Płynie oczywiście przez pustynię Kara Kum. Dostarcza wodę służącą do nawadniania gruntów rolnych, głównie pod bawełnę i zaopatruje w wodę kilka dużych miast, w tym stolicę i właśnie miasto Mary.

Następnego dnia, znowu wycieczka, tym razem na zachód od Aszchabadu z kierowcą o imieniu Rasun. Najfajniejsza była tego dnia  wioska Nokhur leżąca na wysokości ok.1000 m wśród gór Kopet Dag. Zamieszkuje ja lud-plemię zwane Nokhurli,  mówiący dialektem nie do rozpoznania przez innych.  Plemię z Nokhur od stuleci zachowało swoją unikalną kulturę, tradycyjne rzemiosło i architekturę, było poligamiczne!  Według legendy  nazwa wioski pochodzi od biblijnego proroka Noego. Mieszkańcy wyjaśniają różnorodność flory i fauny wioski tym, że   syn Noego (Nukh), wypuścił wszystkie zwierzęta i ptaki i zasadził tu nasiona, które były przechowywane w Arce.

Malownicza wioska Nokhur na górskim płaskowyżu składała się z  dwupiętrowych glinianych domów o unikalnej architekturze,  pokrytych winoroślami. Ludzie - szli uśmiechając się życzliwie. Przy strumyku stare drzewo jaworowe (ciągle rosnące) posiadało w pniu otwór, które może pomieścić kilka osób. Na obrzeżach i pewnej wysokości  było specjalne miejsce do składania życzeń – to Giz Bibi, wąska szczelina w skale, którą miejscowi uważają  za jedne z drzwi do raju. Wiąże się z tym miejsce legenda o dziewczynie, która uciekała przed bandytami. Modliła się, aby nie zrobili jej krzywdy. I wtedy rozstąpiła się ziemia i skały ją ukryły.

No i cmentarz (a w zasadzie - dwa cmentarze) plemienny. Prawie każdy grób był oznaczony drewnianym słupkiem ozdobionym rogami kozła górskiego. Ludność miejscowa od  zawsze uważała kozy górskie za święte zwierzęta ze względu na ich siłę i wytrzymałość. Twierdzą, że kozie rogi zwalczają złe duchy i pomagają duszom zmarłych zapewnić bezpieczne przejście do nieba. Oznacza to, że  rytuały pogrzebowe były (i są) przesiąknięte animizmem. Chociaż plemię z Nohur wyznaje islam, to miesza się on ze starszymi wierzeniami. Na grobach zawieszane są kolorowe chusty- tak jak u nas kwiaty.

Są dwie legendy, które nam opowiedział Rasun dotyczące rogów na grobach. W wiosce żył  kapitan Godź (Rogi) Achesz Godinorat Adas (czy jakoś podobnie); wielce szlachetny człowiek. I teraz ludzie uważają, że chowając bliskich oddają w ten sposób cześć kapitanowi.

Druga legenda: do wioski przyjechał Aleksander Macedoński zostawiając swych ludzi już niezdolnych do służby wojskowej. Oni osiedlili się w wiosce, ożenili, potem zostali pochowani po śmierci. Istnieje  moneta  przedstawiającą głowę Aleksandra z koźlimi rogami. Rogi były symbolem egipskiego boga od którego Aleksander miał pochodzić. Przedstawiony z tymi boskimi rogami, Aleksander osiągnął status boga. Wytłumaczenie?

Schodząc schodami z Giz Bibi spotkałam miejscowych, którzy jako pątnicy przyrządzali posiłek. Zgodnie ze zwyczajem  “sadaka” zasiedliśmy do…. dywanu na ziemi. „Hoszgeldinil”  oznacza „witajcie”, „Hudaj joły” (piszę fonetycznie): „witajcie z Bogiem”, i tak nas zaprosili: dwie turystki i my z naszym kierowcą degustowaliśmy wspólnie płow.

Po drodze do Nohur u podnóża gór jest słynne podziemne jezioro Kow Ata, co oznacza „ojciec jaskiń”. Jaskinia, do której się schodzi po schodach na głębokość ok. 65 m, ma (podobno) wysokości 20 m i długości 230 m. Temperatury wody (ok.+36 stopni C.) też nie sprawdzałam, bo po prostu do jaskini nie weszłam, chociaż kąpiel ma charakter zdrowotny ze względu na siarkę zawartą w wodzie. W około był ładny park z kawiarenkami, więc zostałam na powierzchni, gdzie wystarczająco było ciepło.

Całkiem blisko Aszchabadu w Geok Depe jest współczesny meczet, postawiony w miejscu fortecy z 1881 r. Pamiętacie? To data klęski pod Geok Depe z Rosjanami. Ważna data. Meczet Saparmurat Hajji został zbudowany w latach 1994-1995 r. na pamiątkę żołnierzy, obrońców tej twierdzy. Pierwszy prezydent poszedł z pielgrzymką do Mekki i wrócił…z forsą! Zalecał to robić każdemu obywatelowi. Tak opowiadał  Rasun.

W ramach wycieczki po Turkmenistanie jechałam też pociągiem: z Aszchabadu do Turkenbaszy. To nowa nazwa miasta Krasnowodzk (Czerwona Woda). Miasto leży and morzem Kaspijskim. Przedzielają je góry. W 1942 r. przez Krasnowodzk ewakuowały się wojska gen. Andersa do Iranu.

W pociągu – czysta pościel i cały przedział do dyspozycji, bo biuro wykupiło cztery miejsca. Kipiatok (wrzątek) też był dostępny, tak, więc kawusia poranna była możliwa.

Jeden opiekun wsadził nas wieczorem do pociągu, a drugi (Łeba) rano spotkał na peronie pięknego dworca w Turkmenbaszy. Po świetnym śniadaniu w miejskim barze (pyszna rybka kefal z morza) i krótkim obejrzeniu miasta z okien samochodu pojechaliśmy, aby podziwiać jeszcze jeden cud przyrody: kanion Yangykala. Yangykala znaczy „ognista twierdza”. Jadąc samochodem z kierowcą o imieniu Tojli (znaczy: “ślub”), wśród piasków pustyni mijałam po drodze pasące się owce i wielbłądy. Skręciliśmy w bok od szosy i czekała nas długa jazda po krętej drodze. Tojli kazał się wirtuozem kierownicy: pędził przez wijące się wertepy. Piękna okolica, nieliczne domki (w tym dawna rezydencja byłego prezydenta); przystanek przy pustynnym sklepiku, gdzie można było się napić herbaty. Obok śmiejące się dzieci. Pan na ziemi dzielił mięso z wielbłąda. Takie życie. Przypominam, że Turkmeni jedzą wszystkie rodzaje mięsa oprócz koniny. Oczywiście fotki obowiązkowe

Pod nogami droga, a wokół skały i piasek. Wapienne formacje skalne przybierały biały, różowy, szary, pomarańczowy i inne odcienie kolorów - i zachwycały. Kanion jest piękniejszy niż ten piękny - Szaryński w Kazachstanie; (odsyłam do wpisów o Kazachstanie). Nie można po nim chodzić, ale patrzeć z góry i podziwiać. Ma ponoć 25 km długości. Pokazują łeb krokodyla ze skał, ale to nie ważne, ważna cała reszta, która wzbudza zachwyt. Chętni turyści mogą wybrać nocleg w namiocie i podziwiać gwiazdy, ja jednak wybrałam dom pielgrzyma w Gozli Ata. To interesujące miejsce - pięknie położone, z domami dla licznych miejscowych pielgrzymów, meczetem i pobliskim cmentarzem plemiennym oraz mauzoleami. Jest to, bowiem, jedne z najświętszych miejsc pielgrzymkowych w Turkmenistanie. Gozli Ata (co znaczy „Wszechmogący Ojciec”) był znanym nauczycielem sufickim z XIV w., który studiował w Turkiestanie (obecnie - Kazachstan, w tym mieście byłam, zajrzyjcie do opisu pięknego Turkiestanu, nie mylić z Turkmenistanem!) i miał podobno zdolność do wglądu do środka dusze ludzi. Przy wejściu na cmentarz można przeczytać cały życiorys świętego. Żona Gozli Aty (zmarła pierwsza, ponoć została spalona?) jest pochowana obok w sąsiednim mauzoleum i zgodnie ze zwyczajem odwiedzający muszą najpierw pomodlić się w jej ostatnim miejscu spoczynku. Cała reszta rodziny (mieli trzech synów i dwie córki) jest pochowana w różnych miejscach, też w Uzbekistanie i Iranie. W czasach Związku Radzieckiego nie wolno było obchodzić świąt religijnych, tych przy grobowcu Gozli Ata – również. Pielgrzymi przybywali prywatnie.

Potomek świętego (po jednym z synów), nazywa się “Parachat” czyli “Świat”, ale ma przydomek “Arab” i rozpoczął budowę centrum pielgrzymkowe. Jeszcze nie ma bieżącej wody, ale są umywalnie, są duże sale z dywanami i miejscami do spania, jest kultowo. Dobrze się spało na podłodze, bardzo smakował obfity posiłek też - na podłodze. Szczególnie, że zgodnie z zasadą wiernych, zawsze należy podzielić się posiłkiem z innymi, więc nie tylko nasz kierowca Tojli nam przyszykował ucztę, ale i inni zaglądali zostawiając talerze z jedzeniem.
Rano następny autokar przywiózł lokalnych pielgrzymów, a my wracaliśmy do miasta Turkmenbaszy.

Awaza kiedyś była miasteczkiem/osadą zamieszkiwana przez zwykłych ludzi. Teraz, zgodnie z pomysłem pierwszego prezydenta, ma być wielkim skupiskiem wielkich hoteli nad morzem Kaspijskim – niedaleko (ok. 10 km) od miasta Turmenbaszy. Ludzi wysiedlono. Awaza - cały czas w budowie, ma być (i już jest?) luksusowym kurortem. Pierwszymi budynkami oddanymi do użytku w 2009 r. było osiem wieżowców z hotelami i restauracjami. Koniec budowy zaplanowano na 2020 r. Obecny prezydent oświadczył, że  ma tam powstać 60. nowoczesnych hoteli. Wszystko wygląda kuriozalnie - pusto (podobno było po sezonie, ale nie sadzę, że to główna przyczyna), hotele (przynajmniej ten w którym mieszkałam) wykonany tandetnie - pozornie luksusowy, ale wszytko się sypało, klamka odpadała, drzwi się nie domykały itp. Puste ulice, nad morzem parę osób spacerowało, niektórzy kąpali się, były baseny i parki. Wieczorem Awaza tonęła w światłach. Brak sklepów, a w hotelach żądali od zagranicznych turystów ba...ardzo dużych pieniędzy, oczywiście w dolarach. Zresztą wszystko (oprócz np. bazarów I sklepów w miastach, turysta płaci dolarami, w hotelach inne ceny są dla obcokrajowców a inne dla obywateli Turkmenistanu - w lokalnej walucie - w manatach). Ale ceny w Awaza są absurdalne. Absurdem jest też fakt, że do Awazy nie można wjechać prywatnym samochodem, tylko państwową  taksówką. Mój kierowca Łeba zostawiał samochód na obrzeżu Turkenbaszy i brał taksówkę. Pocieszające jest, że jeżdżą autobusy z miasta, bo pracownicy hoteli przecież muszą normalnie dojechać do pracy.
Taki kraj.

W mieście Turkenbasza odwiedziłyśmy dwie rodzone siostry Ormianki: Lizę i Rimmę, które musiały uciekać przed pogromem Ormian w Baku (wówczas: stolica Azerbajdżanu - republika Radziecka) w 1990 r.

Pokrótce przypomnę tragiczną historię z roku 1990. Będzie to pomocne  też w zrozumieniu tego, co widziałam parę dni później w Baku – np. Alei Męczenników. Historia konfliktu między muzułmańskimi Azerami a chrześcijańskimi Ormianami jest bardzo długa. Wtedy w Azerbejdżanie coraz większe znaczenie zyskiwał opozycyjny Ludowy Front Azerbejdżanu, żądający zdecydowanej rozprawy z Ormianami. W styczniu 1990 r. przez ulice Baku  przemierzały bojówki azerskie. Gromady  demonstrantów ruszyły na miasto, by „walczyć z wrogami narodu”. W prawie 2- milionowym Baku mieszało wówczas ok. 230 tysięcy obywateli narodowości ormiańskiej. Domy należące do nich były grabione, demolowane, podpalane. Ludzi - ofiary bezlitośnie bito i torturowano, mordowano. W nocy z 19 na 20 stycznia rozpoczęła się radziecka interwencja wojskowa. Na ulice Baku wjechały czołgi. Zginęli ludzie, też mnóstwo Azerów. Dlatego dzień 20 stycznia jest teraz w Azerbajdżanie świętem, ale to już opowiem przy okazji zwiedzania  Baku. Celem akcji ZSRR była ochrona  swoich interesów na Zakaukaziu i  uratowanie ekipy komunistycznej rządzącej Azerbejdżanem. To bardzo uproszczona wersja tej historii.

Liza, Rimma i ich dwie siostry oraz rodzice opuściły Baku. Kontakt do nich dostałyśmy od księdza z Aszchabadu. Przyjmowały nas po królewsku. Domowe jedzenie (np. faszerowana kapusta czy nadziewane pomidory, rybki z morza), zakąski i …koniaczek. Trzeba dodać, że im się nie przelewa. Żyją wyizolowane od rzeczywistości wśród innych Ormian. Żyją swoją świetną przeszłością. Wiedziały za to, że za czasów Związku Radzieckiego wszystko było za kopiejki a teraz… Wspominały dawne czasy ze łzami w oczach. No, cóż. Posiadają dużą wiedzę dotyczącą literatury, sztuki i historii. A w telewizji oglądały kanał polski -Polonię! Rozmawialiśmy, oczywiście, po rosyjsku. Żyją w malutkim mieszkanku, gdzie balkon przerobiły na drugi pokój. Mieszkanko mieści się  w starym, zaniedbanym budynku. Chociaż mają łazienkę to tylko teoretycznie,  bo wody w kranach brak od rana do ok. szóstej wieczór. To Awaza, kurort nam zabiera wodę, stwierdziły. Nie wiedziały ile turyści płacą i to w walucie. Łapały się za głowę. Czułyśmy się u nich, jakbyśmy się już znały od dawna. Rimma schorowana bardzo, pięknie śpiewała. Tyle okazały nam serca, Chciały nam wszystko ofiarować, ale my im tłumaczyłyśmy, że nie możemy wziąć nawet pięknej japońskiej porcelany i innych dobroci, które im pozostały. Ale chyba my im też sprawiłyśmy radość, bo samotność to rzecz straszna.

Nasza wycieczka kończyła się w mieście Turkenbasza po powrocie z Awazy. Stąd planowałyśmy wypłynąć promem do stolicy Azerbajdżanu – Baku. Wiadome było wcześniej, że nie wiadomo (właśnie) kiedy będzie prom wypływać, dlatego wizę miałyśmy przedłużoną z góry o parę dni. I rzeczywiście czekałyśmy na prom jeszcze dwa dodatkowe dni. Nie nudziło nam się, bo miasto warte było spacerów, a i siostry nas zapraszały w odwiedziny. Zaproponowały nocleg i dotarło to do biura. Trzeba było słyszeć błagalne słowa ”ja bardzo proszę, bardzo proszę nie wolno wam nocować prywatnie, idźcie  z wizytą, ale musicie spać w hotelu.  Nie chciałam robić nikomu  na złość; cena najtańszego, ale przyzwoitego  hotelu wynosiła 46 $ za pokój dwuosobowy, nie było najgorzej.

Zwiedziłyśmy cerkiew, do której chodzą siostry, bo kościoła ormiańskiego – nie ma. Ale bazar był moim ulubionym miejscem. Gwarnie, kolorowo i można pogadać, potargować. Tu wydałam ostatnie, jak to mówią, kopiejki.

Kierowca nas pilnował. Wydzwaniał do hotelu i szukał w porcie. Tam dowiedział się, że już kupiłyśmy bilety na prom. Chyba mu ulżyło. W dniu wypłynięcia  promu przyjechał do hotelu i odwiózł nas do portu.  Nastąpił koniec wycieczki.

Liza, która może, w miarę sprawnie, chodzić, wezwała taksówkę ze swego domu  do portu, gdzie czekałyśmy na prom płynący do Baku. Przyjechała z wałówką, ale jaką! Domowe dania i tradycyjne kanapki, inne łakocie. Słoik z miodem przywiozłam do Warszawy. Będziemy utrzymywać kontakty.

Na tym nie koniec. Czekałyśmy od 11:00 przed południem do 21:00. Ale na tym nie koniec. Odprawa trwała cztery godziny! I znowu czekanie w środku na ławkach (sklepy zamknięte, barów- brak). I wreszcie weszłyśmy wraz z innymi (w tym z dwoma Polakami) na prom. Cudzoziemców reprezentowała  nasza czwórka i dwóch Japończyków, reszta to wiozący wielkie toboły Turkmeni (pościel i ręczniki na handel do Azerbajdżanu). Po pańsku zakupiłyśmy kajutę, koszt - łącznie 130 $. Uwaga - Turkmeni płacą 80 manatów, czyli wg kursu banku niecałe 23 $, wg kursu czarnego rynku …4 $! W cenie – była najpierw kolacja i rano - śniadanie!. Płynęliśmy ok. 16 godzin; Ale to nie koniec w nowym porcie k. Baku czekaliśmy, czekaliśmy i czekaliśmy. Zegarki trzeba było przesunąć o godzinę. Minęła 14:30 czasu lokalnego. Nas, cudzoziemców odprawili  pierwszych. O 18:30 wsiedliśmy do podstawionego autobusu. Od chwili przyjazdu do portu w Turkenbaszy minęło 34 godziny. Witajcie w Azerbajdżanie.