Kamerun - 2010/2011r.

 

Mało kto wie, gdzie leży Kamerun i dlaczego warto tam pojechać.  Za to miłośnikom piłki nożnej kojarzy się z krajem, który wygrywa mecze! Wystarczy kogokolwiek z Kameruńczyków pochwalić za świetną grę, a pojawia się uśmiech dumy na twarzy.

Zapragnęłam poznać ten z opowieści innych niesamowity, zachodnio-afrykański, leżący jeszcze na półkuli północnej, kraj. Musiałam otrzymać zaproszenie, obowiązkowo mieć szczepienie przeciw żółtej febrze i załatwić wizę. Ambasady Kamerunu w Polsce nie ma, a najtańsza wiza jest osiągalna w Berlinie. Bez wizy nie ma co marzyć o wylądowaniu (w zasadzie – o wystartowaniu) na terytorium Kamerunu.

Wszystkie przewodniki określają Kamerun jako Afrykę w miniaturze. Jest tam wszystko: pustynie, sawanny, lasy tropikalne, parki ze zwierzętami, wulkany, góry: najwyższy szczyt ponad 4000 m, różnorodność tradycji plemiennej – ponad 250 plemion; słowem - można wybierać. Kraj terytorialnie jest półtora raza większy od Polski i trudno go w trzy urlopowe tygodnie dobrze poznać. Postawiłam na Zachód pełen różnorodności, z dużymi tradycjami plemiennymi, o wspaniałym klimacie górzystym, stosunkowo łatwy do penetrowania i bezpieczny, tutaj przemieszczałam się aż do Świąt Bożego Narodzenia. Potem wyjechałam na bardziej tropikalny wschód.

...

Najpierw chciałam się pozbyć zbędnych ciężarów: ubrania typu polar i dżinsów, a także świątecznych polskich smaków – suszonych grzybów, kaszy gryczanej i paru kiełbasek, wzięłam to, bo zbliżało się Boże Narodzenie, które miałam spędzić wśród polskich misjonarzy. W ten sposób najpierw skierowałam swe kroki, po prawie siedmiogodzinnej jeździe busikiem z Douala dalej na północ do miejscowości Bafoussam, do siedziby polskich sióstr Pallotynek, które zaprosiły mnie na Wigilię.  Bafoussam stało się dla mnie punktem wypadowym we wschodniej części kraju – tutaj podrzucałam swe zdobycze, aby nie dźwigać ich w plecaku, a powoli rzeczy przybywało, a to materiał na sukienkę, a to rzeźba lokalna czy  maska…

Trzeba wiedzieć, że Kamerun po I wojnie światowej został podzielony pomiędzy Francję i Wielką Brytanię, a więc teraz w zależności od rejonu, urzędowym językiem jest francuski lub angielski. Jako osoba, która raczej umie się porozumiewać w obu tych językach, miałam jednak trudności. Na ulicach posługują się lokalnymi językami, a np. języków plemienia maka są aż trzy odmiany. Zapamiętałam słowo „asia” jako coś w rodzaju „powodzenia” w języku bamileke. Nie w tym jednak problem. Oni mają afrykański akcent i stąd nieporozumienia w stylu: fonetyczne angielskie „moni” nie oznaczało prośby o  pieniądze, tylko w skrócie „good morning”, czyli było przyjacielskim pozdrowieniem, a pytanie zadane fonetycznie w języku francuskim „fimé” nie było pytaniem o palenie papierosów „fumer” , tylko prośbą o zrobienie zdjęcia „filmer”. Trzeba tylko się przyzwyczaić. Czasem za mną wołano „blanche”, ale przyjaźnie, aby zwrócić uwagę na siebie.

 

Jak oddałam pokłon królowi w Foumban

Z Bafoussam do Foumban (rejon francuskojęzyczny, dalej na północny-wschód) wyjechałam już następnego dnia, bo w piątek obowiązkowo należało pojechać do FOUMBAN.  W rejonie zwanym Noun, Foumban jest najbardziej bogate w historię i tradycję, to największe na zachodzie kraju królestwo zamieszkałe przez lud Bamoun. Od XIV w. panuje tam dynastia sułtanatu. Co piątek król-sułtan opuszcza swój pałac, aby udać się na modły do meczetu. Jest to dość barwne widowisko: razem przemieszczamy się pomiędzy straganami na bazarze, króla wachlują poddani, grają na trąbach i bębnach, przyklękają w pokorze, a kobiety wydają ekspresyjne okrzyki radości. Król dobrze wygląda, bo nic nie robi – mówią, ale to nie jest do końca prawda.

...

Następnego dnia miała odbyć się wyjątkowa uroczystość nominacji na dworze, było to widowisko teatralne, choć prawdziwe, były też zabawy, śpiewy i tańce. Wszyscy goście króla byli niesamowicie szykowni, a niektórzy poprzebierani jak aktorzy biorący udział w jakiejś dziwnym przedstawieniu. Wokoło mnie sami książęta i księżniczki – tak o sobie mówią. Jedyny blondyn zaczepiony pytaniem przeze mnie, z jakiego kraju pochodzi, odpowiedział, że jest… kameruńskim albinosem z Foumban.

Siedzący na tronie przy schodach pałacu król przyjmował hołdy i patrzył na swych poddanych. Król wie, że jesteś – poinformowano mnie, przeszłam przed nim i ukłoniłam się, co było robić. Potem ktoś mnie popchnął w kierunku wejścia do pałacu za reporterem telewizji kameruńskiej, krzycząc „media  étranger” i w ten sposób weszłam na teren pałacu do sali zarezerwowanej dla specjalnych gości.

Sobota była dniem targowym i to powodowało, że miasto tętniło życiem i w dodatku można było zaopatrzyć się w cenne i atrakcyjne pamiątki. Cenę każdego z towarów należało podzielić przez dwa i troszkę odjąć, to jest tajemnica kameruńskiego handlu. O szóstej wieczór kupiłam na bazarze materiał, a o szóstej rano odebrałam gotową sukienkę uszytą z tego materiału. Kunszt i dokładność krawcowej – do sprawdzenia. Niesamowite. A Pani - właścicielka straganu, której zrobiłam zdjęcie, aby ją rozpoznać w tłumie sprzedających - śmiała się z moich obaw, to ona była zainteresowana, aby mnie znaleźć.

 

Górski Okrąg (Ring Road): w świecie królestw w Republice Kamerun

...

BALI miejscowość w bok od trasy Ring Road, z tradycyjnym królestwem, z lokalnym językiem bali, którego można uczyć się jedynie – a szkoda, w szkole na terenie pałacu. Spotkałam nauczycieli usiłujących zapisać fonetycznie słowa języka bali w wersji angielskojęzycznej, gdyż zapis w oryginale jest bardzo trudny.

BAFUT – tutaj spędziłam cały dzień, zachwycona królestwem ludu Tikar. Przyjęła mnie królowa, jedna z wielu. Cena za zwiedzanie była negocjowana: „my queen, to jest za drogo!”, mówiłam. Dogadałyśmy się jakoś i wtedy królowa zaprowadziła mnie do biura, gdzie wydano mi fakturę z ceną – odpowiednik 120 zł, czyli najwyższy wydatek w Kamerunie: za zwiedzanie terenu całego królestwa, oczywiście bez świętego lasu, muzeum, wszystko z dobrym przewodnikiem cierpliwie szukającym prostych, angielskich słów, aby wytłumaczyć mi zawiłe rzeczy, plus dwa tańce. Warto było, szczególnie, że okazało się, iż dzięki wpływającym pieniądzom królestwo istnieje i naprawdę jest zadbane, cały czas żyje swoim życiem. Aby uzyskać audiencję u króla, zwanego fon, trzeba wkupić się butelką np. whisky lub skrzynką piwa. Nie skorzystałam z propozycji, ale wszystko mnie zachwyciło, byłam tylko zawiedziona, że nie było publicznej informacji o tym, że dzień wcześniej można było uczestniczyć w autentycznym lokalnym festynie, ale kto to wiedział?

BAMUNKA (NDOP) mieścina z prostym, ale historycznym królestwem, po terenie którego oprowadzała mnie córka króla w randze fon (król aktualnie był z wizytą w USA), przedstawiając królową – matkę, swoją mamę i… kolejne żony tatusia. Wszystko za cukierki i długopis.

W ten sposób liznęłam tzw. Ring Road – pętli drogowej wśród gór, ze wschodu i zachodu; krajobrazy nie zawsze były dobrze widoczne, pora sucha i wiejący z pustyni wiatr, zwany harmatan, powodował coś w rodzaju mgły.

Podzielę się informacją o lokalnych wierzeniach i o świętych lasach na terenie królestw: poganie czczą święte drzewa, istnieje ścisły zakaz wchodzenia nieproszonym. Wierzą, że w lesie żyją tygrysy i pantery, w które przeobraża się król, fon, szef lub inny władca lokalny, a jeśli sprzeciwisz się komuś z nich, to zwierzę cię zabije i dlatego poddani ludzie tacy są posłuszni swoim władcom. Nie muszę chyba pisać, że nikt nigdy tych zwierząt nie widział.

...

 

Na Wigilię dotarłam znowu do Bafoussam, gdzie spędziłam Święta. W domu stała ubrana sztuczna choinka, na zewnątrz zaś krzewy ozdobione watą „robiącą” za śnieg. Na stole zabrakło karpia, ale była kapusta z grzybami i… prezenty.

...

Wschód Kamerunu

W poświąteczny poniedziałek rano wyjechałam do stolicy Yaounde. Jazda trwała około 5 godzin, aby potem z autobusu przesiąść się do miejskiej taxi (jedna godzina w korkach!) i następnie innym busem przejechać następne ok. 350 km dalej na wschód przez Ayos do Atok. Powoli zmieniał się klimat i krajobraz.

Misja Atok to urocze miejsce pełne zieleni, można powiedzieć, gospodarstwo nie tylko z kościołem, ale i innymi budynkami: pawilonem, kuchnią polową, miejscem, gdzie dzieci z wioski mogą odrabiać lekcje, a ludzie np. ładować komórki (od około godziny 18 do 21 jest włączany agregat prądotwórczy). Kościół i okoliczne kaplice, a także Droga Krzyżowa są udekorowane płaskorzeźbami wykonanymi z kamienia przez lokalnego twórcę-amatora. Bardzo ładne i oryginalne!

Już następnego dnia wyjechaliśmy w dwa samochody dalej na wschód około 350 km, za Abong Mbang, w bok od Bertoua, najpierw drogą asfaltową około 80 km, a potem w kurzu, po czerwonej drodze, czasami z dziurawymi mostkami postawionymi nad potokami, mijając porzucone wraki samochodów, słowem, dużo atrakcji. No i było wesoło, bo zabraliśmy w sumie około 25 dzieci na pielgrzymkę do miejscowości o nazwie trudnej NGUELEMENDOUKA, leżącej w dżungli zamieszkałej głównie przez plemię Maka z grupy Bantu.

 

...

 

Ostatniego dnia roku 2010 pojechałam nad rzekę Nyong, jedną z czterech największych rzek w Kamerunie. To olbrzymia, szeroka, podobno aż 5 km i jak głęboka - nie wiadomo, rzeka o długości 640 km, w której pływają liczne ryby, np. pyszna kanga, i też pyszne - krokodyle. Dużą frajdę miałam płynąc najpierw pontonem, a za mną na licznych pirogach chmara dzieciaków wiosłujących za pomocą klapek. Potem przesiadłam się też na pirogę z miejscowym panem i jego córeczką, aby popłynąć w busz; drzewa tam rosną na wodzie, a nie wyrastają z ziemi. Nie wiem dlaczego, ale przypomniał mi się film „Czas Apokalipsy”! Dzieci zrywały wodne kwiatki i śpiewały, słowem też miały atrakcję i oczywiście cukierki.

Wieczorem byłam z wizytą w wiosce Pigmejów plemienia Maka grupy Bantu. Za paczkę cukierków danych wodzowi zwiedziłam wszystko, zajrzałam do środka chat, posłuchałam muzyki, przywitałam się z życzliwie nastawionymi ludźmi. Wódz miał wzrost równy mojemu, tj. około 150 cm. Mówi się, że jeszcze nie tak dawno plemię to praktykowało kanibalizm, ponoć (???) nawet piłowali zęby, aby łatwiej gryźć surowe mięso. A tacy sympatyczni!

 

Stolicę YAOUNDE, można powiedzieć, że widziałam z okien samochodu: centrum, katedrę z tablicą pamiątkową po pobycie Jana Pawła II w 1985 r., bazylikę, górę Febe z kościołem ojców Benedyktynów i grotą, główne ulice i place. Nie przepadam za dużymi miastami.

...

 

 W Warszawie było minus 5 stopni. Musiałam się przebrać z letniej bluzeczki w futerko. Żal było wracać, Kamerun zostawił we mnie ciepłe, w szerokim pojęciu tego słowa, wspomnienia!

 

Yaounde, Douala i inne...

królestwo Bafut

miasteczko Foumban i wielkie królestwo

królestwa: Bali, Bamunka, Banjoun

miasteczko Bamunka i Baffussam oraz jego królestwo

Bafussam i Atok - misje, święta i sylwester oraz Pigmeje

a oto filmiki: taneczne msze

Foumban

Bafut i inne królestwa

Pielgrzymka