Portugalia - 2010r.

 

 Jakoś zawsze ciągnęło mnie do Portugalii,  aż wreszcie postanowiłam tam się wybrać. Ze względu  na   Fatimę uważałam, że  zwiedzanie należy  połączyć z pielgrzymką do tego Świętego Miejsca.  Najpierw  szukałam metody  wyjazdu indywidualnego  z uwzględnieniem poznania uroczych miast i  miasteczek tego kraju. Przypadek (podobno nie ma przypadków) kazał mi przeczytać ogłoszenie Biura Pielgrzymkowego w Stowarzyszeniu Pomocników Mariańskich,  program i trasa pielgrzymki do Portugalii mi odpowiadała. I do tego jeszcze dodatkowo było nawiedzenie Santiago de Compostela (miejsca wiecznego spoczynku Św. Jakuba Większego, Apostoła)  - w  roku  św. Jakuba!

A więc, zaczęliśmy od Fatimy.

O historii objawień można przeczytać  w licznych opracowaniach, ale   to co ważne -  tak mi się wydaje-  to  intencje nawiedzenia Świętego Miejsca:  modlitwa  przed  figurą Matki Bożej, Ona w Fatimie  jest  najważniejsza i Jej orędzie. W tle figury – miejsce najważniejsze: Kaplica  Objawień. Każdego wieczoru dźwięk dzwonu oznajmia rozpoczęcie modlitwy różańcowej. Prowadzący modlitwę kapłan intonuje pieśń maryjną i wypowiada krótkie myśli rozważań różańcowych, a następnie przedstawiciele poszczególnych grup językowych odmawiają wraz z wiernymi kolejne dziesiątki „zdrowasiek”, w przeciwieństwie  do Lourdes  –  różaniec  odmawiany jest  w kaplicy. Po modlitwie  Cudowna Figura i krzyż towarzyszy  procesji światła  przy akompaniamencie śpiewu wszystkich obecnych.

Każdy musi przejść się  po wielkim placu  (niektórzy przemierzają szlak pokutny Drogą  Ślubowań na kolanach), obowiązkowo nawiedzić Bazylikę Różańca Świętego  z grobami błogosławionych pastuszków i siostry Łucji.  Na lewo od bazyliki rośnie   wiecznie zielony dąb (choć nie jest to ten sam, nad którym objawiała się pastuszkom Matka Boża) a  vis a vis - nowoczesny dom modlitwy,  nazwany kościołem Trójcy Przenajświętszej, w którym zadziwia kontrowersyjna postać ukrzyżowanego Chrystusa, obok świątyni  -  posąg naszego ukochanego Jana Pawła II. Pośrodku placu góruje postać „Pana  Jezusa złotego” obejmującego ramionami wszystkich –  to kolumna Najświętszego Serca Jezusowego,  w dole źródełko -  woda  symbolizuje oczyszczenie. To tak pokrótce. Muzeum jest warte dokładnego zwiedzenia, szkoda, że nie mieliśmy szansy na powolne obejrzenie ważnych eksponatów, które są przecież darami dla Matki Najświętszej.

Do tego należy dodać, liczne wokół,  stragany i sklepiki,  bo komercja  kwitnie ponad miarę: figury i figurki, świece i świeczki…biznes można robić wszędzie.

 Drogę krzyżową odprawiliśmy w ulewnym deszczu w piątek, to trasa, która szli pastuszkowie od Aljustrel  - wioski, gdzie się urodzili i mieszkali: rodzeństwo błogosławionych: Hiacynta i Franciszek oraz siostra Łucja aż do miejsca objawień Anioła.

 Jednego i tego samego dnia pojechaliśmy do klasztoru  w Batalha ( XV w z tzw. niedokończonymi kaplicami bez dachu,  miał to być Panteon, taki jak w Rzymie) oraz do Alcobaca,   które  słynie z opactwa Cystersów z  XII w., a w nim m.in. grobowców pary kochanków Dom Pedro i Ines; ich mrożąca  krew w żyłach miłosna historia  może służyć za kanwę do super  horroru. Można o tym sobie przeczytać. Przy okazji zwiedzania budowli dowiedziałam się o stylu architektonicznym w gotyku, zwanym manuelińskim,  łączącym rzeźby o morskich motywach z elementami orientalnymi. Styl ten napotkaliśmy przy okazji zwiedzania również innych obiektów.

Tomar z siedzibą  zakonu templariuszy  przytłacza,  czuje się potęgę tego miejsca. Warto zwiedzić Convento de Cristo`(XII w.) - otoczone grubymi murami i ozdobione w stylu manuelińskim (szczególnie unikalne bogate w symbolikę okno w kapitularzu). Zwiedzanie urozmaicił nam wspaniały  koncert w przygotowanej na ten cel  sali - miejscowego solisty z   rzadko słyszanym głosem  -  kontrtenorem ( przypominającym śpiewanie falsetem) z udziałem jednej z uczestniczek pielgrzymki.

O urokach Lizbony słyszałam wiele opowieści; słynie z licznych zabytków, ale  również z atmosfery, Z grupą byliśmy po „drugiej” miasta, aby  z góry – stojąc u stóp postaci królującego nad Lizboną Chrystusa, spojrzeć na stolicę. Z miejsc, które widziałam  zrobił na mnie wrażenie kościół Dominikanów św. Wincentego za Murami.

Myślę o tym, aby  kiedyś jeszcze podelektować  się urokami Lizbony spacerując uliczkami dzielnicy Afama czy Baixa, nęci mnie  też -  osobę podróżującą – obejrzenie  pomnika Odkryć Geograficznych i wiele innych miejsc…  Wiem, wiec, że  do stolicy muszę wrócić!  

Na pewno też odwiedzę Sintrę,  bo chociaż jest  to miejsce wyjątkowo turystyczne to, jak czytam o urokach Miasta Ogrodu , to wiem, że…. nic nie wiem o zamku, tajemniczych ogrodach, pałacach, dworkach i nie zdążyłam wypić kawy w małej kafejce  w krętych, kolorowych  uliczkach.

Coimbra  to  dawna stolica, miasteczko uniwersyteckie ( tzw. Oxford Portugalii) z wielowiekową tradycją, gdzie warto zwiedzić bibliotekę pełną ozdobionych złotem starych ksiąg i kaplicę.

Cabo da Roca - punkt w Europie najbardziej wysunięty na zachód – nic ciekawego: latarnia, posąg, ocean i biuro informacji turystycznej wydające „ zaświadczenia” (jak na Nord Cape, tylko w Norwegii jest to interes na maksa) oraz miejsce do wydania pieniędzy –restauracja, najładniejsze z tego  to wybrzeże Atlantyku (och, te Wyspy Zielonego Przylądka- Capo Verde!) i pejzaż z kwiatuszkami

W styczniu/lutym 2010 roku odwiedziłam dawną kolonię portugalską -Cabo Verde,  miałam,  więc, przedsmak portugalskich  klimatów, a  szczególnie podczas pobytu w Nazare,  jak patrzyłam na wody oceanu Atlantyckiego. Nie omieszkałam też  pójść do knajpki z widokiem na Atlantyk i skosztować lokalnych rybek, w tym słynnych sardynek. Ocean  groźnie mruczał, chociaż to nic w porównaniu z falami  na wyspie św. Antoniego!  Czarne, wiecznie w  żałobie – wdowy handlowały wzdłuż wybrzeża przysmakami, inne panie w kolorowych spódnicach i ozdobnych podkolanówkach tańczyły biorąc się pod boki i w ten zabawny sposób zachęcając do kupna np. orzeszków, jadalnych kasztanów  oraz  innych specjałów.

Porto to duże, przemysłowe  miasto na północy, objazd autokarem i żegluga  stateczkiem po rzece Douro pozwolił na podziwianie starówki – zabudowanego, wielce uroczego wybrzeża. To dzięki Porto w XVI w nazwano kraj Portugalią. Słynie ono z trunku o tej samej nazwie. Każdy turysta obowiązkowo zwiedza  jedną z wielu wytwórni tego wina ( byliśmy w Calem), gdzie można wysłuchać opowieści o produkcji, przechowywaniu, gatunkach i całej filozofii z tym  winem związanej. Duże wrażenie zrobiła na mnie katedra czyli Sé, której wnętrza zachwycały bogactwem „azulejos” -  mozaikami koloru błękitnego, przedstawiające sceny z życia Matki Boskiej, licznymi krużganki, całość z olbrzymim bogactwem ozdób i  wyposażenia, słowem: pięknie!

Nie mogliśmy pominąć centrum chrześcijaństwa, jakim jest do tej pory Braga, zlokalizowana na  naszej drodze do Hiszpanii;  od VI w. przez 700 lat siedziba władz nie tylko kościelnych, ale i świeckich. Tutaj jest aż 60 kościołów, z których najpiękniejsza jest Sé: olbrzymia katedra  z gotyckimi kaplicami, muzeum, wewnątrz znajduje się m.in. cenny obraz Matki Boskiej Karmiącej, a na zewnątrz urocza figura Madonny  o tej samej symbolice. Mury i ulice miasta opowiadają o jego historii. Było to jedyne miejsce w Potugalii,  które oglądałam „by night” – i chociaż  w tamtą niedzielę życie nocne w Braga nie istniało, w pobliżu  placu z oświetlonymi fontannami było parę otwartych kafejek, w jednej z nich „La Boheme” kosztowałyśmy z koleżankami wino słuchając muzyki, niestety  nie na żywo, ale za to usłyszałam znaną mi z Mindelo Cesarie  Evora.

Nieopodal Bragi jest dla Portugalczyków  najważniejsze miejsce pielgrzymkowe, zwane po prostu Dobry Jezus na Górze (Bom Jesus do Monte),  ponad 1 000 schodów wiedzie do sanktuarium, symbolika przystanków na podestach jest wymowna: woda tryska z różnych miejsc np. – ran Chrystusa ukrzyżowanego lub też z  miejsc, w których zlokalizowane są poszczególne zmysły ludzkie, poruszająca jest też Droga Krzyżowa,  całość – pięknie otoczona roślinnością, fontannami, ogrodem i altaną, a widok ze wzgórza daje poczucie wielkości tego szczególnego miejsca.

Najbardziej wzruszające chwile przeżyłam ( chyba nie tylko ja) w Santarem, nie opisywanej w przewodnikach turystycznych  miejscowości z rodowodem rzymskim, gdzie znajduje się kościół Cudu Eucharystycznego, który miał miejsce w XIII wieku.  Było coś niesamowicie poruszającego w tym modlitewnym wejściu po schodkach nad ołtarz….. Zainteresowanym - służę opowieścią.

W obchodzonym właśnie roku świętego Jakuba (bo  25 lipca wypadał w niedzielę), nawiedzenie miejsca    spoczynku jednego z  dwunastu apostołów   czyli  Santiago de Compostela  (Hiszpania) było trudne: tłumy pielgrzymów i wycieczek oraz przygotowania do wizyty papieskiej Benedykta XVI sprawiły, że pod katedrą szybko podjęłam decyzję o zorganizowaniu sobie pobytu indywidualnie, aby chociaż w namiastce zrealizować to co założyłam: pomodlić się do Świętego Apostoła przy Jego grobie, tym bardziej, że przecież nie zadałam sobie  trudu przejścia szlakiem pątniczym (zwanym Drogą św. Jakuba czyli Camino de Santiago),  co robią indywidualni pielgrzymi, zresztą ponoć  już od  IX w.  Dla ciekawości dodam, że szlak ten został ogłoszony pierwszym Europejskim Szlakiem Kulturowym w październiku 1987 r. oraz wpisany na Listę światowego dziedzictwa UNESCO w roku 1993. Droga oznaczona jest  pielgrzymią  muszlą św. Jakuba.  Wszędzie  kupić można taką pamiątkę jako  znak rozpoznawczy celu podróży. Pierwotnie, po muszlę taką udawano się na pobliskie wybrzeże, skąd była zabierana jako dowód i pamiątka pielgrzymki, zaś teraz  wystarczy parę euro, aby ją kupić na licznych straganach.

Bogata jest  literatura opisująca przeżycia  związane z tym miejscem  (najbardziej znana jest powieść brazylijskiego pisarza Paulo Coelho - Pielgrzym). Wyczytałam, że o wielkiej roli pielgrzymek po Camino świadczą słowa  Goethe, który pisał, iż "drogi św. Jakuba ukształtowały Europę". W związku z tym,  przed wyjazdem musiałam sięgnąć do literatury, aby się troszkę przygotować.

Zarezerwowałam  sobie  miejsce wśród innych różnojęzycznych pątników  w  około 3 godzinnej kolejce do postaci Św. Jakuba,  którego obowiązkowo obejmowało się rękoma za szyję  a potem schodziło do Jego  grobu. Uroczo to wyglądało z drugiej strony tj od wnętrza katedry, jak rączki pielgrzymów pojawiały się na ramionach postaci. Stojąc w kolejce można było się zapoznać z innymi ludźmi, porozmawiać,  a jednocześnie „ urwać się”, aby  zwiedzić  urocze  miasteczko ( zgodnie z planem i instrukcją, która otrzymałam  w  Biurze Informacji Turystycznej): Santiago  bardzo mi się podobało jako miasto uniwersyteckie z  wąskimi uliczkami, parkiem widokowym, no i oczywiście z  zabytkowymi budowlami.

Pominę  spostrzeżenia „organizacyjno- ludzkie” pielgrzymki;  tylko jedną myślą chcę się podzielić: w Portugalii trzeba pobyć,  pospacerować uliczkami, wypić spokojnie kawę lub wino, posłuchać muzyki, popatrzeć na ocean, delektować się atmosferą.  Tego mi zabrakło. Muszę tam wrócić, chociażby do Sintry oraz   Lizbony,  aby  odwiedzić lokalną, swojską knajpkę z muzyką fado, europejską wersją bluesa - nostalgiczną muzyką o Przeznaczeniu…

Przeżycia duchowe  najlepiej  schować w sercu. Każdy może być  pątnikiem, a wartość  pielgrzymowania zależy tylko od nas samych.