ceremonie voodoo

Togo, Benin, Burkina Faso - 2013r.

więcej

Rok 2013 był dla mnie przełomowy -  od  stycznia miałam przejść na emeryturę; to jednak jest przeżycie i stres. Postanowiłam zrobić sobie  przyjemność i od razu odreagować w Afryce. 7 stycznia z Warszawy przez Berlin i Casablankę (super Royal Maroc Airlines, znane mi z lotu do Kamerunu) doleciałam do  Lome – stolicy Togo. W Berlinie miałam cały dzień, aby pospacerować po ulicach miasta, troszkę zmarzłam - była jednak zima, a ja przygotowałam się na afrykańskie słońce, chronił mnie tylko polar.

Rejon, który wybrałam – zachodnia, środkowo-pólnocna Afryka - zafascynował mnie swoją kulturą. Tam większość ludzi jest animistami, wierzą we współistnienie duszy z ciałem i przypisują   ducha zmarłych ludzi  roślinom, zwierzętom, minerałom lub żywiołom. Wg nich dusza człowieka po śmierci przedostaje się do zaświatów, pełnych innych dusz oraz rozmaitych duchów. Duchy te mają wpływ na życie ludzi na ziemi, mogą być im przychylne lub działać na ich niekorzyść. Istotną rolę odgrywa  szaman (kobieta lub mężczyzna), mający wpływ na światy duchów, od niego zależy, jak będą wpływać duchy na człowieka, on odpowiada za  wzajemne stosunki między światem ludzkim a innymi światami. Szamani przechodzą specjalną  inicjację, bo szaman  to potęga, gdyż posiada wielką wiedzę na temat życia duchów i sposobów kontaktowania się z nimi. W Beninie 10 stycznia obchodzone jest święto  Suwerenności Państwowej, które jest świętem voodoo. Słowo „voodoo” wywodzi się z języka plemienia Fulanów i znaczy „duch”. Tradycja voodoo sięga setek tysięcy lat, a zapoczątkowali ją ludzie Joruba, którzy zamieszkiwali również Benin, Togo, Niger. Wyznawcy voodoo uprawiają także kult przodków, bo są animistami. Podstawą tego kultu są „rytuały opętania”. Ważną rolę odgrywa muzyka (głównie bębny), dzięki rytmom i pewnym ruchom ciała uczestnicy obrzędów wchodzą w trans. Międzynarodowym ośrodkiem religii voodoo jest miejscowość Ouidah w Beninie. Od 1992 r. odbywa się tam międzynarodowy festiwal voodoo. I właśnie wtedy tam chciałam się znaleźć. Mówiłam już, że najbardziej interesują mnie  Ludzie i ich Zwyczaje.

...

Długie i chude Togo (wystarczy popatrzeć na mapę, aby zorientować się, o czym piszę) poznałam od strony Atlantyku, a w zasadzie - Zatoki Gwinejskiej. W Lome poruszałam się wsiadając na zem (przez 3 dni towarzyszył mi ten sam kierowca, co było wygodne), obeszłam stolicę też na piechotę: Wielki (kolorowy i tłoczny) Bazar, Katedrę i Wioskę Artystów z ich wyrobami. W przewodniku  polecali zwiedzenie marketu z fetyszami. Rozczarował mnie ten niewielki bazarek: miał stragany z czaszkami zwierząt (w tym psów i kotów oraz goryli i szympansów), rogami, ogonami, produktami medycyny naturalnej na WSZYSTKO i innymi  dziwnymi rzeczami; obowiązkowy jest przewodnik; na odczepnego kupiłam (musiałam wcześniej podać swoje imię) „fetysz podróży”, który albo „nie działał”, bo potem złamałam rękę, albo właśnie „działał”, bo nie złamałam nogi, tylko lewą rękę. Oczywiście żartuję z tym fetyszem. Leży na półce jako pamiątka.

...

Z Agodrafo pirogą dopłynęłam do Togoville, uroczej wioski rybackiej z gliniano-słomianymi chatami, otoczonej „świętym lasem”. Jest to bowiem  miesjce kultu voodoo: pośród  glinianych  domów ukryte są postacie - fetysze: pan (akurat na głowie miał kurę złożoną w ofierze) i pani zwana Mama Fiokpo, naszpikowana igłami, przechowywana w „altance” i strzeżona przez szefa, który za długopis otworzył bramkę i pozwolił zrobić zdjęcia. Podobała mi się osada, szczególnie, że akurat była środa - dzień targowy, a więc było gwarno i kolorowo. Obowiązkowo w Togoville odwiedziłam wybudowany  przez Niemców na cześć ugandyjskich męczenników (patrz - moje wspomnienia z Ugandy)  kościół z 1910 r.,  który słynie z sanktuarium Notre Dame du Lac (Matki Bożej Jeziora, Matki Miłosierdzia). Widziano Ją w 1970 r. chodzącą po wodzie jeziora. Ten cud spowodował, że Papież Jan Paweł II w 1985 r. nawiedził Sanktuarium; święto Notre Dame du Lac obchodzone jest 4 listopada, w 1973 r. Jej wizerunek został  ukoronowany. Papież spotkał się też z szamanem wioski i do tej pory turystom pokazuje się specjalnie wybudowaną dla niego pirogę. Moim przewodnikiem (jak znaleźć fetysze i porozumieć się w języku lokalnym?) był Wiktor, niepełnosprawny, którego poznałam na terenie katedry. Dostałam od niego pocztówkę z modlącym się przed Matką Bożą Jeziora Janem Pawłem II. Odwzajemniłam się obrazkami i w ten sposób się „zaprzyjaźniliśmy”. Na koniec zaprosiłam Wiktora  na obiad  w wioskowej knajpce przy markecie, gdzie zjedliśmy pyszną rybę prosto z jeziora. Powrotna piroga obładowana tonami worków z mąką i węglem przeciekała, więc wszyscy kubkami wylewali napływającą wodę i w ten sposób szczęśliwie dopłynęłam do brzegu.

Po tym, jak już otrzymałam niezbędną mi  wizę wklejoną do paszportu, pracownicy hotelu Tano z Lome zawieźli mnie  na „międzynarodowy dworzec autobusowy”. Ha,ha,ha. Na plaży wśród  straganów stały stare pięcioosobowe toyoty na osiem osób i zabierały ludzi z Togo i z sąsiedniej Ghany do Beninu lub za inną granicę. Targowałam się ostro, bo brali opłaty też za bagaż. Moje dwa plecaczki to pestka przy tobołach, jakie mieli inni pasażerowie. Ale ja byłam Biała. Po krótkim czasie dojechaliśmy do granicy, tylko ja o tym nie wiedziałam. Mnie się wydawało, że to przerwa w podróży, wszyscy wysiedli i zniknęli, samochód też. Naprawdę się zdenerwowałam. Po paru minutach doszłam w tłumie i zaduchu do szlabanu, przekroczyłam szczęśliwie granicę, tylko nie wiedziałam, gdzie jest  samochód i moje plecaki. W tłumie ludzi i wśród wielu aut znalazł mnie pewien pan z Ghany, który jechał ze mną; jemu było łatwiej mnie znaleźć; odetchnęłam z ulgą i nie ruszyłam się więcej z samochodu. Z emocji opróżniłam całą butelkę wody - od słońca, pyłu i emocji zaschło mi w gardle. Zaraz po południu byłam w Beninie w Ouidah, będącym celem mojej wyprawy.

...

 

 

Bębny wygrywały szaleńczą muzykę. Oczy uczestników były nieprzytomne, również od płynu wzmacniającego. Zszokowało mnie to wszystko. A obok  dzieciaki, jak to dzieciaki,  skakały do wody. Był straszny upał, a przede mną powrót prawie czterokilometrową Drogą Niewolników. Punktem końcowym Drogi, a zarazem centralnym miejscem na plaży, jest Brama Bez Powrotu prowadząca niewolników do statków, z których już dla nich nie było odwrotu; to kolorowy pomnik, na którym wyrzeźbione są postacie Afrykańczyków powiązanych łańcuchami, jest on wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. W XVII – XIX w. miasto Ouidah (d.Glewe) w  Królestwie Dahomej (od 1975 r. to Benin) odegrało dużą rolę w handlu niewolnikami i to również Afrykańczycy handlowali swymi współbraćmi   zamieniając ich na broń, alkohol lub ubrania. Szacuje się, że z Ouidah wywieziono około 1 miliona mieszkańców Afryki. Władcy Dahomeju bogacili się uczestnicząc w wojnach i handlu niewolnikami aż do 1892 r. kiedy stali się kolonią francuską. Potęgę dawnego Królestwa ogląda się w Abomey. O tym będzie potem.

Droga Niewolników jest naprawdę ciężka do przejścia, nie ma grama cienia, pył i piasek zmieszany z ostrym popołudniowym słońcem dał mi się we znaki. Chciałam jednak obejrzeć poszczególne posągi ustawione wzdłuż trasy. Były to symbole voodoo i posągi władców.  Ciekawy jest pomnik, bo przypomina swojską syrenkę, stojący w miejscu „drzewa zapomnienia”. Mężczyźni musieli okrążyć drzewo 9 (10) razy, kobiety -  5 (7) razy, wierzono, że w ten sposób wymażą ze swej pamięci dom i rodzinę. Było też  tam  drzewo powrotu, po jego trzykrotnym  okrążeniu niewolnik miał zapewniony po swej śmierci powrót do Ojczyzny. Droga Niewolników zaczyna się w mieście od budynku obecnego Muzeum Historii (wtedy fort portugalski).

Samo miasteczko jest bardzo ciekawe, ale w mieście jest też sporo miejsc do zwiedzania: Muzeum Historii, Maison de Brasil - muzeum artystyczne kultury voodoo, Świątynia Pytona utrzymywana przez specjalnych kapłanów (Dangbe). Pyton jest wężem – bóstwem; na terenie świątyni znajduje się obowiązkowo ołtarzyk animistyczny, święte liściaste drzewo „iroko”, które ma 600 lat, no i pełno dużych i małych węży. Wszystkie są święte i nazywają się houedadngbe. Ale mając je na swojej szyi i na rękach nie byłam zachwycona. Słabo powiedziane, czułam strach i obrzydzenie. Świątynia Pytona jest vis-a-vis katedry katolickiej. To znamienne.

Zwiedziłam Święty Las Kpasse, zamieszkiwany przez duchy.

...

Tego dnia w południe przypadkowo napotkałam procesję ludzi poprzebieranych, tańczących, i śpiewających. Wszyscy doszli na targowisko i stanęli wokoło animistycznego ołtarzyka. Zaczęły się  bardzo dziwne rzeczy. Podcięto gardło kozie i kurze; biedne zwierzątka wiły się w agonii. Krwią polano ołtarzyk, potem na niego napluto, dodano olej z kukurydzy psikając płynem z ust i rzucano ziarna fasoli. Kozą potrząsano za nogi, aby potem ją narzucić na ramię małym chłopcom (każdemu z osobna). Przyszli adepci voodoo  przytykali swoją buzię do szyi zabitej kozy przy otworze, z którego wcześniej wylatywała krew, podskakując z innymi w rytm obłędnej muzyki i krążąc wokoło ołtarzyka. Mówili, że tamowanie  krwi (a jest ona święta) jest symbolem jedności. Szamanki tańczyły, trzymając w rękach różne dziwne rzeczy: kołatki, dzwonki, noże - trudno to opisać. Był też wirujący taniec (może coś podobngo do tańca derwiszy?). Król ze świtą siedział na przygotowanych ławkach i „błogosławił” kitą z ogona (?) przebranych w czerwone i niebieskie szaty chłopców. Całość wprawiła mnie w zdumienie, że to się dzieje naprawdę. Zero turystów, tylko ja i oni na serio. Po około 2 godzinach wszyscy w rytm muzyki i tanecznym krokiem skierowali się do pałacu królewskiego. Ja też tam byłam (dzięki zaproszeniu Mathiasa - królewskiego gościa) w poczekalni, gdzie król częstował wodą, a potem miał być posiłek. Wyszłam, bo nie wypadało, byli sami Ważni. Ale co widziałam, to moje. Okazało się, że król ten jest najwyższym duchowym przywódcą tradycji voodoo, zwanej tutaj tradycją Hwendo, są czcicielami pytonów a miasto Ouidah jest ich świętą ziemią.  A teraz powiem, jak nazwa się Jego Ekscelencja: król Ouidah - DadaTomadjlehoukpon II Metogbokandji XI Daagbo-Hounnon.  Serio. Można sprawdzić.

11 stycznia w Ouidah zaczął się trzydniowy festiwal pieśni i tańca Afryki, zwany Agogo. Okazało się, że głównym organizatorem festiwalu był mój „dobry znajomy” z plaży - Adolf. W ten sposób, siedząc w drugim rzędzie, oczekiwałam uroczystego otwarcia i honorowych gości: posłów, ambasadorów, mera miasta, przedstawicieli Ministerstwa Kultury, wielkiej divy, znanych idoli piosenki i wielu VIP-ów.

...

 

Tymczasem dojechałam do Abomey. Tutaj koniecznie trzeba przyjechać. Jest  do zwiedzenia kompleks pałaców  budowanych od XVII w. przez trzy wieki, wpisanych na listę dziedzictwa UNECSO od 1985 r. To było najpotężniejsze królestwo Afryki Zachodniej, powstałe również na krwi swoich ziomków, o czym już pisałam. Tak ogólnie rzecz biorąc, pałaców jest w sumie 10, a w dwóch z nich (Pałac króla Guezo i  Glele) mieści się Muzeum. Każdy władca (a było ich 12) budował sobie pałac w obrębie tych samych murów. Fotografowanie zabronione, bo to święte miejsca. W cenie biletu jest profesjonalny przewodnik. Ogląda się mapy, eksponaty, biżuterię, trony  (w tym tron z ludzkich czaszek – niewolników nigeryjskich), ołtarze poświęcone zmarłym przodkom. Najświętszym miejscem, do którego wchodzi się bez butów, jest grobowiec króla Glele z XIX w. Obok Muzeum jest urokliwa ulica z domami ozdobionymi malunkami, sympatyczni ludzie do dziś tam żyją,  produkują z ziaren prosa i  piją lokalne piwo – dolo (zwane też czapalo), czyli piwo jaglane, tworzą rzeczy artystyczne (rzeźby, biżuterię) sprzedając je turystom. Domy z wizerunkiem lwa zamieszkiwane są przez rodzinę rzemieślników  pracujących kiedyś dla królów – Yamedje.

 

...

Niestety, tego popołudnia zagapiłam się i na ulicy przed bankiem (co nie wymieniał waluty) zaczepiłam nogą o coś wystającego. Prawą ręką instynktownie ochroniłam aparat fotograficzny od rozbicia, a lewą oparłam się z impetem o beton. Poczułam ból w nadgarstku i wiedziałam, że coś nie tak.

...

Już po ciemku w Natitngnou, życzliwe, stare kobiety otoczyły mnie i Maxa,  wykrzykując słowa w obcym zupełnie języku, bardzo chciały nam pomóc w znalezieniu hotelu La Residance Palais Somba.  Wyglądało to jak sabat czarownic. Znalazł się i Pan z samochodem, w ten sposób prawie o dziesiątej wieczorem wylądowaliśmy w hotelu z polecenia, ale na jedną noc,  bo były rezerwacje na dzień następny. Dobrze się stało, bo nazajutrz obsługa zawiozła nas do sąsiedniego, lepszego, bo z  „duszą”, hotelu „Le vieux cavalier”; ten hotel jest w wykazie przewodników. Polecam: pełno tam ludzi, są i Francuzi, zadomowieni od lat, jest czysto i kultowo. Miło siedzieć wieczorami w ogródku, rozmawiać i wolno sączyć zimne piwko. Zadomowiony Francuz o zabawnym imieniu Noel (Boże Narodzenie) opowiadał o swojej pracy. Noel był  kopalnią wiedzy o Beninie. Nazwa miasta Natitngnou oznacza ”miażdżyć”, dotyczy czynności mielenia prosa i sorgo przez tamtejszych mieszkańców. W okolicznych górach mieszkają duchy, które wydają dźwięki podobne do odgłosów kamieni używanych przez kobiety  do gniecenia ziaren. Dlatego wieczorem istnieje zakaz miażdżenia ziaren, aby  nie pomylić tych dwóch dźwięków. W Natitngnou jest katedra pod wezwaniem św. Józefa, w której byli Bracia Biali, dostałam od proboszcza szczegółową informację o całej diecezji, w której na prowincji misjonarką jest siostra Krystyna - Polka.

Tego dnia zdążyliśmy z Maxem załatwić sobie motocyklowy  transport do wsi Boukoumbe.  Trasę 45 kilometrów pokonywaliśmy w podskokach po drodze z kamieniami, dziurami i piaskiem, a  jeszcze trzeba było wrócić!  Należy podkreślić, że odległości w Afryce nie mierzy się w kilometrach, tylko czasie jej pokonywania, bo jeden kilometr nie jest równy innemu. Inne dziury, inny transport. A rejon Somba trzeba było zobaczyć, słynie z tradycyjnej zabudowy, którą nazywa się Tata Somba, przypominającej twierdze. pasażerów, ale za cenę „państwową”.

 

...

 

W hotelu Baobab mieszkałam w cudnym afrykańskim domku, niestety tylko jedną noc. Miałam cały dzień na zwiedzenie miasteczka. To bardzo sympatyczne miejsce, z życzliwymi ludźmi; zawsze można się do kogoś przysiąść i pogadać. Tam też byłam  na konsultacji medycznej u ortopedy, gdyż jest tam największy szpital północnego Beninu, założony przez Włochów. Doktor  (bez kolejki, a był tłum pacjentów) nieodpłatnie przyjął mnie, obejrzał rękę i powiedział, że wszytko jest w porządku, trzeba tylko smarować żelem z uwagi na opuchliznę i nic nie brać, chyba, że paracetamol  w razie bólu.  Podbudowana na duchu, w szpitalnej kantynie (polecam) zjadłam obiad. Wieczorem w hotelu, robiąc notatki, obejrzałam ceny hotelowej restauracji i się zdziwiłam, że ktoś chce jeść za takie (relatywnie) duże pieniądze (ponad 3000), skoro wszędzie jest przyjemniej i taaanio ( w kantynie jadłam za 300, na ulicy je się za 100). I towarzystwo wg mnie, bardziej sympatyczne,  bo afrykańskie.

W Tanguieta udało mi się nawet sprzedać moją benińską kartę telefoniczną.

W środku nocy pobudka, bo o trzeciej podjechał mikrobus z innymi pasażerami i tobołkami na dachu. Dla mnie było luksusowe miejsce obok kierowcy.  Za godzinkę byliśmy już na granicy Burkina Faso (kraj „prawych ludzi”, dawniej zwany „Górna Volta”) i niespodziewanie zrobiono półtoragodzinną przerwę do 5 rano. 

 

...

Zem Batik. To fajny hotel. Dzięki negocjacjom (i poleceniu) oraz dlatego, że przewidywałam tam spędzić kilka nocy, już na dzień dobry obniżono mi cenę. Warunki - super, była nawet ciepła woda w prysznicu, co niekoniecznie jest potrzebne w tamtym klimacie. Hotel stał się dla mnie bazą, gdzie rezydował  mój większy plecak z tzw. niepotrzebnymi rzeczami, jak pamiątki, polar i spodnie, których włożenie było dla mnie nieosiągalne, bo przecież miałam rękę w gipsie. Okazało się, że Zem Batik jest zawsze pełen turystów, głównie Francuzów. Położony, można powiedzieć, centralnie - niedaleko katedry, tuż przy pałacu króla Moro i 25 minut spacerkiem od ratusza i Wielkiego Bazaru. Ogródek i restauracja sprzyjały kontaktom z innymi  gośćmi. Rozpoczęłam ostatni etap: zwiedzanie Burkina Faso.

...

Już następnego dnia rano wyjechałam do najbardziej turystycznego miasta Burkiny, czyli do miasta popularnie zwanego Bobo. Luksusowy autobus TCV z klimą w 5 godzin (tylko jeden postój w Boromo) dowiózł mnie do centrum Bobo. Trochę przez przypadek wylądowałam w hotelu Teria I. Był to najdroższy hotel (8000) ze wszystkich, w których mieszkałam podczas pobytu w trzech krajach. Ale nie żałuję, tańsze hotele były prymitywne i niezbyt czyste. Bobo to typowo turystyczne miejsce. Zdziwiona byłam nawet, że jest mało turystów: para Francuzów, których potem spotkałam w stolicy oraz trzech Niemców. Podobno wojna w Mali odstrasza podróżników. A szkoda, bo nie ma się czego obawiać.  W Bobo przede wszystkim zwiedza się gliniany, stary (1890 r.) meczet, który po porze deszczowej trzeba odnawiać. Każda książka -  przewodnik - obowiązkowo pokazuje zdjęcie tego ślicznego meczetu. Obok – tzw. Starówka - Kibidwe, żywe miasto biednych ludzi. Dzielnicę zwiedza się jak muzeum, czyli kupuje bilet, ale ja byłam tam dwa razy i nikt za drugim razem mnie nie ścigał.

...

 

Najpierw motorem po drodze typowo afrykańskiej, potem pieszo po skałach wśród form skalnych tworzących piękny krajobraz. Salifou pomagał mi dźwigając kamienie, które podstawiał mi jako stopnie, aby było mi łatwiej schodzić w dół. Szczęśliwie dotarliśmy i zobaczyłam sporą grupę ludzi wśród pierza i krwi oraz  tlące się ogniska. Wstępując na teren święty, musieliśmy zdjąć obuwie. Nie było to przyjemne! Robienie zdjęć jest zabronione, a szkoda! Szaman dostał ode mnie żywą kurę, którą wcześniej kupił Salifou, więc zapytał się, jakie mam życzenia; oczywiście „zdrowia” i  pokazałam na rękę w gipsie. Wtedy kurze poderżnięto gardło,  padła biedaczka, wijąc się w konwulsjach. Kury piecze się  w całości,  a wnętrznościami karmi ryby. Wg legendy, kiedyś w tym rejonie ludzie szukając wody natrafili na ryby, stąd ich wiara, że rybom zawdzięczają wodę. Jakby to nie było, widowisko było interesujące, a ludzie bardzo mili, wracaliśmy razem z paroma osobami po ich ceremonii karmienia ryb.

Wybrałam odwiedziny Gaoua położonej o około 3,5 godziny od Bobo w najbardziej zielonym rejonie Burkina, a nie reklamowaną Baforę, bo bardziej ciekawili mnie ludzie rejonu Lobi niż urok Bafory i jej formy skalne. Ciekawe są zwyczaje mieszkańców Lobi (w wolnym tłumaczeniu: „dzieci lasu”) przybyłych tu z dzisiejszej Ghany. Kobieta w społeczeństwie Lobi  pełni ważniejszą rolę niż mężczyzna. Ciekawostką jest fakt, że w każdym domu jest sporo garnków różnego przeznaczenia (trudnią się garncarstwem), w tym garnki rozwodowe, których rozbicie oznacza, że kobieta decyduje się odejść od męża i wtedy zabiera wszystkie swoje rzeczy. Przypadkowe zbicie naczyń wróży rychły rozwód. Chociaż  mężczyzna może mieć kilka żon (ale musi go być na nie stać), to najważniejsza jest zawsze pierwsza, ma największe pomieszczenie i ona decyduje, kiedy odwiedzi męża  w jego sypialni. Dzieci chowają się razem z matką. Do jej obowiązków należy nakarmienie rodziny. Ludzie Lobi nacinają się  na twarzy w celach poprawienia urody (!?), a malują rytualnie. Chłopcy, którzy po urodzeniu noszą imię rodziny matki, przechodzą inicjację otrzymując nowe imię z linii ojca. Mówi się o nich, że trudnią się rolnictwem, pasterstwem, i myślistwem, ale przede wszystkim są wojownikami. Słynni są z tego, że skutecznie pokonywali wrogów od XIX w. i  nawet  w XX w. swego francuskiego kolonizatora  za pomocą zatrutych strzał, lecz  ponosili  tego straszne konsekwencje (podpalanie całych wsi). To są stuprocentowi animiści. Misjonarze mieli trudną rolę do wykonania, animiści nawet „przechodząc” na chrześcijaństwo pozostawali wierni swym zwyczajom i obrzędom. Chciałam odwiedzić okoliczne wioski, z których wybrałam Doudou i Sansana. Tam poznałam małe społeczeństwo, zajrzałam do chat, posłuchałam muzyki granej na afrykańskich bębnach i balafonie oraz podpatrywałam  pracę kobiet przygotowujących posiłki. Poznałam rodzinę - mąż miał tylko dwie żony, ale był ojcem dziewięciorga dzieci.

 

...

 

Gaoua. Długo szukałam rozsądnego noclegu i zrezygnowana zostałam w Bazie Kanadyjskiej wybudowanej  dla robotników budujących kiedyś drogi. Teraz jest to strasznie podupadła baza noclegowa. Dostałam bungalow składający się z aż dwóch (!) pokojów z łazienką, ale wszystko dość obskurne, zostałam bez ręcznika i pościeli, o papierze toaletowym  nie wspomnę. Jedyny plus, że  sympatycznie spędziłam  wieczór na rozmowie z inżynierami - konstruktorami i elektrykami z Waga. Jedzenie w „domowej” restauracji - świeże i tanie, a piwo - zimne. Chciałam jednak zmienić hotel i w kościele proboszcz (jak się potem okazało) skontaktował się z siostrami Serca Maryi mającymi do dyspozycji pokoje w tej samej cenie co Baza, a sterylnie czyste.

...

W czwartek wracałam do stolicy, aby nazajutrz uczestniczyć w piątkowej ceremonii przed królewskim Pałacem Moro-Naba. W każdy piątek rano na trawie przed pałacem (kategoryczny zakaz robienia zdjęć nie tylko uroczystości, ale i pałacu, o czym informują tablice) odbywa się inscenizacja historycznego wydarzenia z czasów króla Mogho Naba z XVIII w. Dokładnie nie wiadomo, jakie  to wydarzenie spowodowało, że król zamiast rozpocząć wojnę, wybrał pokojowe rozwiązanie konfliktu. Wybitni Mossi (plemię to stanowi ponad 50% społeczeństwa Burkiny) siadają na trawie wg hierarchii; na przodzie  ministrowie, potem w dalszych rzędach i grupach  niżsi rangą, ci ważniejsi mogą siedzieć w nakryciach głowy, inni nie. Pod pałac podjeżdza koń odziany na czerwono – w kolorze będącym symbolem wojny. Grają bębny, pokazuje się panujący król, też odziany w czerwone szaty. Każda grupa podchodzi do króla i bije pokłony, prosząc o przebaczenie i błogosławieństwo. Potem słychać wielką salwę armatnią i król znika za drzwiami, aby pojawić się ponownie, wchodząc innymi drzwiami, już ubrany na biało – w kolorze pokoju. Koń też pozbawiany jest płachty czerwonej i  znika. Poddani kłaniają się dziękując królowi. Całość trwa mniej niż  pół godziny, ale przygotowania troszkę dłużej. Po ceremonii słudzy królewscy zapraszają wielkich z rodu na drinka. Widziałam butelki z colą (dla muzułmanów), piwo butelkowe i piwo podawane w miskach – domowej produkcji, czyli dolo. Wtedy przed pałac przychodzi mnóstwo ludzi, w tym chyba wszyscy aktualnie będący w Waga – turyści. Tego piątku dowiedziałam się, że można poprosić o audiencję u króla. Zaproszone były nawet siostry zakonne. Król przyjmuje od poniedziałku do piątku  w godzinach porannych. Sekretarz króla i mistrz ceremonii wyjaśnił, że muszę napisać podanie. Na zdobytym w sklepie papierze podaniowym  napisałam  po francusku „demande”, w podaniu przedstawiłam się  i podałam swój  numer telefonu. Pozostało mi czekać na telefon ze zgodą, ale wyjaśniono, że to musi trwać około tygodnia. Sekretarz nie zadzwonił, ale ja następnego piątku po powrocie  z trasy, zjawiłam się przed pałacem, gdzie, niestety, uzyskałam informacje, że król jeszcze nie odpowiedział na moje podanie.Tymczasem był to mój ostatni weekend, ten piątek był więc dla mnie ostatnią szansą spotkania króla i poprosiłam sekretarza o wstawienie się za mną, co uczynił po wyznaczonych na ten dzień audiencjach. Była m.in. grupa Niemców pracujących w Burkina, prowadząc akcję humanitarną na rzecz  dożywiania dzieci. Zostałam jednak przyjęta. Sukces! Było  troszkę śmiesznie, a jednocześnie dziwnie, naprawdę czułam się zaszczycona. Król (chyba) nie zna języka francuskiego; był tłumacz z i na język more (z grupy językowej sudańskiej ), większość ludności, zwanych Mossi,  mówi w tym języku na co dzień. Kłaniałam się (pod czujnym okiem sekretarza - chyba ryzykował tą audiencją poza  protokołem) stojąc przed królem, przedstawiłam się, „rozmowa” dotyczyła mego pobytu w Burkina (czy jestem tu pierwszy raz?). Dostosowałam się do protokołu i nie pokazałam ręki w gipsie (nie wolno być widocznie „ułomnym”, nie wypada,  król tego nie lubi), lewa ręka  była ozdobiona piękną chustą. Te pięć minut  w towarzystwie króla zrobiło na mnie wrażenie. Na jego pytanie, „co wy w Polsce pijecie, czy jest to piwo?” Odpowiedziałam, że tak i, zgodni z protokołem,  zostałam poczęstowana butelką afrykańskiego piwa Flag. Razem z Niemcami zwiedziliśmy prywatne muzeum królewskie, normalnie niedotępne dla zwiedzających. Sekretarz, który był naszym przewodnikiem, używał sformułowań „to Jego Wysokość na motocyklu, to kolekcja pucharów Jego Wysokości, to  ..”.i tak dalej, z należytym szacunkiem i w hołdzie Jego Wysokości. Król podobno doskonale gra w piłkę nożną i zdobywa nagrody w kolarstwie. I jeszcze pisze poezję, przetłumaczoną na język francuski. Kupiłam zbiorek wierszy, naprawdę niezłych w mojej ocenie, w dodatku ilustrowanych  zdjęciami z pałacu. Mam pamiątkę: zbiorek, zdjęcia z pałacu i dedykacja króla na książeczce.

...

Następnym miejscem, do którego się wybierałam, była miejscowość Po na południu. To tylko 2,5 godziny jazdy rejsowym autobusem, tym razem była to „Rakieta”. I znowu niespodzianka. W pewnym miejscu na trasie wsiadł, w kasku, uzbrojony po zęby żandarm, rzucił czujnym okiem na wszystkich, kazał wyłączyć komórki i z taką obstawą jechaliśmy około 20 minut przez rejon niezaludniony, lasy i pustkowia, bo podobno zdarzały się wypadki, że bandyci obrabiali  samochody. Ten sam proceder dotyczy prywatnych aut,  które też są chronione obecnością żandarma, wiem to od Francuzów, którzy jechali własnym środkiem transportu.

...

 

Tiebele to bardzo turystyczna wieś zamieszkiwana przez ludzi zwanych Kassena, jedną z najstarszych grup etnicznych, które osiedliły się na terytorium Burkina Faso w XV wieku. Turyści przyjeżdżają podziwiać niesamowitą architekturę domów z bogato zdobionymi ścianami, malowanymi tylko przez kobiety za pomocą kolorowej papki naturalnego pochodzenia (czarny kolor uzyskuje się z mielonego żwiru, biały z kamienia, a czerwony z gliny). Motywy i symbole są  wzięte z codziennego życia lub z wierzeń. Przykłady: żółw - znak rodziny królewskiej, istnieje absolutny zakaz jedzenia jego mięsa, sieci rybackie przypominają walkę o pożywienie i szacunek do zawodu rybaka, no i tykwa, która towarzyszy  tym ludziom przez całe życie (fajki, naczynia, grzechotki), a nawet i po życiu, bo pełni określoną funkcję religijną, są słońca i  księżyce, różne zwierzęta, symbole odstraszające złego i symbole zabezpieczające dom i rodzinę.  Malowidła są  polerowane  kamieniami, każdy kolor osobno. Na zakończenie cała powierzchnia ściany pokrywana jest lakierem powstałym  w czasie  gotowania strąków (nere) afrykańskiego drzewa chlebka świętojańskiego. Domy mają charakter obronny nie tylko przed potencjalnymi wrogami, ale  i warunkami atmosferycznymi. Ściany wykonywane są z lokalnych materiałów: ziemi zmieszanej ze słomą i odchodami krów oraz  drewna; są dosyć grube, nie ma okien,  a otwór wejściowy ma około 50 cm i wchodzi się na czworakach, zaraz za wejściem  jest murek ochronny. W Tiebele zwiedza się dwór królewski,  który zamieszkuje około 300 osób. Król ma cztery żony i całe mnóstwo dzieci. Przewodnik  opowiada o zwyczajach i symbolice malowideł, można wejść do domu  i na dach. I tak jak  w domach wszystkich rejonów - dach pełni ważną funkcję: sypialni czy miejsca przygotowania produktów do jedzenia. Dzieci wychowywane są przez  babkę, mieszkają oni razem w domach okrągłych, młode małżeństwa oraz  dorośli mężczyźni zamieszkują domy prostokątne. Po śmierci męża obowiązkiem jego brata jest opiekować się wdową i jej dziećmi. Przewodnik wspominał też o zwyczaju tego społeczeństwa wycinania łechtaczek kobietom, co prowadziło w wielu wypadkach do ich śmierci wskutek zakażenia, całe szczęście, że zaniechano (?) tych praktyk.

 

...

 

Sahel ma charakter pustynny, zamieszkiwany jest głównie przez grupę etniczną ludzi nazywanych Fulani, największą grupę koczowniczą na świecie, stanowiącą ok. 8% ludności Burkina, ale  jest to druga co do wielkości grupa etniczna tego kraju. Fulani teraz też spędzają  życie na farmach, a bydło jest miarą ich zamożności. Piękni to ludzie: wysocy, mniej czarni, wyznają islam, szczególnie kobiety są wyjątkowej urody z ich ozdobami  we włosach i na rękach: są to wplecione we włosy srebrne ozdoby, mogą to być też stare monety przekazywane od pokoleń, a na rękach podarunek od męża - piękna srebrna bransoleta. Widać jest  to bardzo ważne, bo przed zrobieniem zdjęcia kobieta zawsze pytała o zgodę swego małżonka. Uroda ciała jest też dla nich ważna, mają liczne tatuaże na ciele i twarzy, usta ciemnego koloru  malowane są henną. Okolice zamieszkują także Tauregowie należący do  ludów berberyjskich. Nazywa się ich  piratami pustyni z uwagi na to, że polowali na niewolników, których dostarczali handlarzom. W wojnie w Mali biorą udział tuareańscy rebelianci, ale to już wielka polityka i nie będę na ten temat pisać. Tauregowie to też wyznawcy islamu, ale  to właśnie mężczyźni na co dzień zasłaniają twarz rąbkiem szaty lub  turbana. Badacze twierdzą, że  ze względu na ochronę  przed piaskiem w czasie ich wędrówek  przez pustynię, a  wierzenia mówią, że także przed atakiem złych mocy wciskających się przez usta. Kobiet nie obowiązuje ten zwyczaj, czyli zupełnie odwrotnie niż w islamie. Obecnie zajmują się hodowlą wielbłądów. Ciekawostka: mój przewodnik opowiedział mi potem o pewnej Polce, która kupiła  u Tauregów wielbłąda i tym sposobem zwiedzała ten rejon Afryki. Wiedziałam, że mówi o  Kindze Ch., znanej  podróżniczce, która w  2006 r. zmarła  w Ghanie na malarię, o jej śmierci zresztą przewodnik też wiedział. Świat jest mały.

...

W powrotnej drodze z Dori  zatrzymałam się na jedną noc w Pension Pogyende Auberge de Kaya w miejscowości  oddalonej od stolicy o  ok. 100 km.  To spokojna miejscowość  leżąca nad jeziorem. Odwiedziłam bazar z częścią produktów pamiątkowych (głównie wyroby ze skóry i brązu) i dom Artystów (Maison des Artisans), gdzie kobiety wyrabiały (fundacja austriacka) różne ludowe rzeźby, ubrania biżuterię  i nawet mydło. Byłam jedynie zainteresowana kupieniem pięknej i wymownej rzeźby:  Afrykanka z książką  uczy się czytać, ale nie była na sprzedaż, to symbol tej fundacji; jest obok sala szkolna i odbywa się edukacja. Odwiedziłam lokalny cmentarz, na którym pasły się kozy, skosztowałam na obiad batata, czyli słodkiego ziemniaka, a uliczna sprzedająca była dumna i pomagała  mi go obrać, zgodziła się na zdjęcie. Wieczorem  w sąsiednim barze zjadłam kolację:  ryż z sosem archaidowym za całe 100. Trzeba wiedzieć, że zawsze do każdego posiłku dają wodę, której ja nigdy nie piłam, bo to strach. Tym razem zostałam wyróżniona – dali mi wodę  opakowaną w  fabryczną torebkę plastikową, którą można kupić i normalnie kosztuje 25. Jak więc oni kalkulują ceny jedzenia? Tutaj dygresja, większość miejsc, szczególnie restauracji, w swojej nazwie ma słowo „Wend(a)”, co oznacza „Bóg” I tak np wiele z barów nazywa się „Wenda Panga” czyli „ Bóg może wszystko”. Czy nie dziwna nazwa dla tego typu miejsca?

W Kaya nad samym jeziorem akurat przebudowywana jest  Oberża de Kaya, uroczo położona tuż nad wodą, oj,  będzie już w maju nowocześnie i luksusowo! Kierownik budowy -  pan Rasmane - oprowadził mnie po terenie budowy.

Po powrocie z Kaya, w piątek czekała mnie wizyta u króla Moro. To już wiecie.

Dzień wolny – sobotę spędziłam w  Sabou,  85 kilometrów od stolicy. Chciałam zobaczyć święte kajmany karmione kurami. W sumie jest  to mała atrakcja,  taki pokaz dla turystów,  drażnią krokodyle szczątkami kurczaka i można pociągnąć je za ogon, to wszystko. Krokodyli jest około setki. W fundacji Niepełnosprawnych kupiłam stołek w kształcie „robiącego mostek” starego człowieka, to ciekawy nabytek, cena spadła z 12 000  do 6 000.  Sabou bardzo mi się podobało. W wiosce można pogadać z ludźmi pijącymi dolo, a w mieście tanio zjeść. Dowiedziałam się, że  w miejscowej parafii św. Łukasza (St. Luc) pracują polscy misjonarze - Franciszkanie. Niestety, mogłam porozmawiać tylko z ks. Wawrzyńcem (Laurent) – Włochem mówiącym troszkę po polsku. Było to bardzo sympatyczne spotkanie. Aby dodać humoru, to zdradzę, że Laurent powiedział o sobie cytując Polaka „Wawrzyniec, ty stary pierniku”. Nauczył się polskich słów, jak kiełbasa, ale dodał, że zna i święte i świńskie słowa. Samo życie.

Podczas mojego pobytu w Burkina odbywały się mistrzostwa Afryki w piłce nożnej - CUP 2013. Będąc w Tiebele, dzięki wieczornym okrzykom radości i powszechnemu entuzjazmowi dowiedziałam się, że właśnie wszyscy świętują zwyciestwo:  Burkina pokonała Etiopię 4:0. Potem nastąpiły kolejne sukcesy i w niedzielę 3 lutego, ostatniego dnia mego pobytu w Afryce, w stolicy Burkina byłam świadkiem ogólnej radości, wszędzie rozwieszone były  flagi narodowe – wieczorem miał się odbyć ćwiećfinałowy mecz Burkina – Togo. Pewien Pan  na motorze z flagą Burkina, o którym można powiedzieć, że już zaczął świętować, sympatycznie zaczepił mnie i pytając o moje imię ułożył na poczekaniu piosenkę dla Grace (Grażyny); nie mam pojęcia, o czym była piosenka, ale miała ducha bojowego i jestem pewna, że jej słowa były życzliwe dla mnie.  W tę niedzielę Burkina zwyciężyła z wynikiem  1:0.  Emocje jednak  się udzielają, czułam się prawie jak w czasie Euro 2012.  Potem już w Warszawie z Internetu dowiedziałam się, że w połfinale „moja” Burkina zremisowała z Ghaną oraz że mistrzem Afryki została Nigeria pokonując w finale Burkina 1:0. Ale jednak to było wielkie zwycięstwo kraju, który  odwiedziłam w 2013 roku.

PS. Gips mi zdjęto 20 lutego, a rehabilitacja ręki  na „cito” ma się  zacząć 29 kwietnia. Bez komentarza.

 

 

 

 

 

 

Lome, Togoville ( Togo)

Benin: Quidah - miasto voodoo

Benin: Tankieta, Boukoumbe, Natitingnou, Abomey

Burkina Faso: Ouagadoudou, Waga - stolica

Bobo-Dioulasso, czyli Bobo

Garoua

Po i Tiebele

Dori, Bani, Kaya

Sabou - święte krokodyle

a oto filmiki:

festiwal miedzynarodowy

pieśni i tańca Afryki